Według najświeższych badań Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej w całym 2011 r. wartość naszego eksportu produktów rolnictwa wyniosła zaledwie 2,08 mld euro (rok wcześniej było to 2 mld euro). Sprowadziliśmy natomiast z zagranicy zboża, mięsa czy warzywa o wartości 3,55 mld euro (rok wcześniej za 3,09 mld euro). Eksport produktów rolnych więc prawie nie rośnie, za to import – bardzo dynamicznie. Co jeszcze musi się stać, żeby Platforma Obywatelska nareszcie zainteresowała się prawdziwym stanem polskiego rolnictwa? Dlaczego tych danych, które przecież nie są tajne, najprawdopodobniej w ogóle nie prezentuje się na forum Rady Ministrów?

Bo zastępuje się je innymi, o wiele bardziej optymistycznymi, tyle że zamazującymi prawdziwy obraz rzeczy. Jako osiągnięcie polskiego rolnictwa przedstawia się bowiem także eksport całego polskiego przemysłu spożywczego, który rzeczywiście jest imponujący. Tyle że jest to zasługa w większości potężnych koncernów zagranicznych, nie zaś polskich rolników. Do produkcji batonów czy pieczywa cukierniczego (słodycze to jeden z naszych eksportowych hitów) już nie tylko kakao sprowadza się przecież z zagranicy, ale nawet cukier. W ten sposób kolejnych ministrów rolnictwa ocenia się nie za to, co powinno.

Rzeczywiście, w 2011 r. wartość eksportu towarów rolno-spożywczych wyniosła 15,10 mld euro (i była o 11,8 proc. wyższa niż przed rokiem), a importu 12,48 mld euro (wzrost o 14,3 proc.). Nadwyżka w handlu zagranicznym produktami rolno-spożywczymi osiągnęła więc 2,61 mld euro i z pewnością jest to powód do radości. Jednak na pewno nie zasługa polityki rolnej, tę bowiem oceniać należy z innego punktu widzenia. Ponad 85 proc. wartości tego eksportu (rok wcześniej 83,7 proc.) stanowią produkty, do których rolnik polski nie przyłożył ręki. Powstały one w polskich firmach, chociaż coraz częściej z niepolskich surowców, tych bowiem brakuje. Gdyby warzyw, zboża czy mięsa było więcej, eksport żywności przetworzonej rósłby z pewnością szybciej.

Dane pokazują, że sprowadzamy z zagranicy o wiele więcej produktów rolnych, niż wysyłamy. Dlaczego, skoro mamy tak duży potencjał?

Dlaczego na forum rządu nie padają pytania, które – po przestudiowaniu badań IERiGŻ – cisną się na usta nawet laikowi? Mamy dużo ziemi i najwięcej w Unii osób zatrudnionych w rolnictwie, od kilku lat szybko też rosną ceny zbóż, mięsa czy rzepaku. Warunki do wzrostu produkcji rolnej wydają się wprost idealne. Inne branże z pewnością by sobie takich życzyły. Dlaczego więc nasze rolnictwo nie jest w stanie zaspokoić nawet krajowych apetytów? Dlaczego nie rośnie liczba gospodarstw towarowych? Dlaczego PSL, przy poparciu PO, odbiera ziemię tym gospodarstwom, które już powstały i są najbardziej nowoczesną częścią naszego rolnictwa?

Skutki zaczynają być widoczne – rośnie import żywności do Polski. W ostatnim roku aż o 96,7 proc. wzrósł import cukru, którego spożycie krajowe jest większe niż produkcja. O 73,2 proc. wzrósł import nasion oleistych, a o 65,2 proc – zbóż. Z zagranicy sprowadzamy nawet coraz więcej ziemniaków – o 46,5 proc. Nie tylko z Cypru czy Izraela, ale nawet z... Niemiec, gdzie klimat tak bardzo nie różni się od naszego. Co jest tak skomplikowanego w produkcji ziemniaków, że Niemcom udają się one bardziej niż nam? Aż o 52 proc. wzrósł import jabłek.

Mając idealne warunki do produkcji świeżych warzyw, także nie jesteśmy w tym asortymencie eksportową potęgą. Wyeksportujemy w tym roku za 210 mln euro, sprowadzimy za 290 mln euro. Statystykę podrasujemy pieczarkami, za które uzyskamy 68 mln euro. Tyle że hodowlą grzybów nie zajmują się rolnicy, ale po prostu – przedsiębiorcy. Podobnie jak produkcją drobiu, który bardzo poprawia naszą eksportową statystykę. Sprowadzać musimy nie tylko więcej zboża, ale także wieprzowiny, czyli mięsa najbardziej w Polsce popularnego. Naszym rolnikom hodowla świń już przestała się opłacać. Roczny deficyt w handlu zagranicznym wieprzowiną przekroczył 321 mln euro. Jedynym sukcesem polskiego rolnictwa wydaje się mleczarstwo. Takie są efekty naszej polityki rolnej, którą koalicjant starannie przed Platformą ukrywa, a ta z kolei nie wykazuje zbytniej ciekawości. Waldemar Pawlak wobec Donalda Tuska zachowuje się jak w piosence Wojciecha Młynarskiego: „Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy”.