Biuro podróży czy sieć delikatesów muszą odczuć to, że kurs naszej waluty w ostatnich miesiącach jest trudny do przewidzenia a konsumenci, bombardowani kiepskim informacjami, ograniczają wydatki. Za rosnącą liczbą wniosków o upadłość stoją też firmy budowlane, zwłaszcza podwykonawcy, w bezsensowny sposób zniszczone przez głupi system płatności za budowę autostrad i stadionów przed Euro 2012.

Z trendem się nie dyskutuje. Wniosków o upadłość będzie jeszcze przybywać. Skoro ekonomiści raz po raz obniżają prognozy wzrostu polskiego PKB, czyli mówiąc wprost czeka nas wyraźne spowolnienie polskiej gospodarki, bankrutów musi być więcej.

Na pocieszenie pozostaje jednak to, że liczba wniosków o upadłość dalece będzie odbiegać od ogłoszonych później bankructw. Bo w polskich realiach wniosek o upadłość często jest zagrywką wierzyciela, by zmusić firmę kontrahenta do zapłaty zaległych zobowiązań. Zastępuje żmudną procedurę złożenia pozwu i co ważniejsze, w przeciwieństwie do ciągnących się miesiącami spraw w sądach, jest dużo bardziej skuteczny. Pieniądze szybko przychodzą na konto, a wniosek zostaje wycofany. Najlepiej świadczą z resztą o tym dane zebrane przez Forum Obywatelskiego Rozwoju: w ubiegłym roku tylko 20 proc. z ponad 3 tys. wniosków o upadłość firmy zakończyło się faktycznym jej bankructwem.

Niestety nie zmienia to faktu, że statystycznie co piąty wniosek kończy się zniknięciem firmy z rynku. Co zrobić, by zmniejszyć liczbę tych prawdziwych bankructw? Potrzebne są przepisy, które wyeliminują powszechne u nas zjawisko zatorów płatniczych. Bo o ile wiele firm nie jest w stanie płacić kontrahentom na czas ze względu na brak gotówki w kasie, to duża część z nich bezkarnie opóźnia przelewy, by móc pieniędzmi jeszcze poobracać. Dla wielu drobnych przedsiębiorców, którzy nie dysponują zapasem gotówki, każdy dzień takiej zwłoki przybliża ich w szybkim tempie do upadku.