O ile nie trudno było prognozować, że polska reprezentacja odniesie w tym turnieju kolejne moralne zwycięstwo – bo na sportowe nikt, kto choć trochę zna się na piłce, stawiać nie mógł – to stało się również coś dobrego, co też właściwie mogliśmy przewidzieć. Polskie specialite de la maison, czyli narodowe pospolite ruszenie znane nam dobrze (w trochę innej postaci) co najmniej od XVI wieku, znowu pozwoliła nam zrobić dobre, wręcz fantastyczne wrażenie na cudzoziemcach. Pomijając efekty działań pijackich hord w dniu meczu z Rosją (hord nie tylko polskich, rosyjskich również), turniej przebiegł w sielankowej niemal atmosferze ogólnej, choć czasem nieco infantylnej radości. I tak właśnie miało być.

Jak na polską miarę, organizacja Euro była bez większego zarzutu, co pozwala dziś z podniesionym czołem spoglądać w stronę Europy. Pokazaliśmy, że Polak potrafi. Potrafi zrobić coś dobrego, na europejskim poziomie. Wstydzić się nie musimy. A przecież trzeba przyznać, że ryzyko takie istniało.

Od dzisiaj wracamy do dotychczasowych przyzwyczajeń i rytuałów codziennego dnia. Najgorsze jednak jest to, że wrócą do nich także politycy, którzy dali nam przez te trzy tygodnie trochę odpocząć od swoich zaciętych i wszechwiedzących twarzy i żenujących słownych tyrad. Przejście do codzienności będzie jednak jak brutalne wybudzenie z pięknego snu: od dzisiaj czeka nas kolejny protest lekarzy, dane makroekonomiczne wieszczą ciągle wiszące nad Polską radykalne spowolnienie gospodarcze przekładające się na cięcia etatów w firmach, a ceny paliw, choć chwilowo nieco spadły, za moment na pewno znowu poszybują.

Cóż, ten poniedziałek nie będzie łatwy. Ale już za mniej niż miesiąc kolejna sportowa uczta – 27 lipca startują igrzyska olimpijskie w Londynie. Może choć raz ktoś z naszych odniesie tu nie tylko moralne zwycięstwo?