Obiecanka brzmi kusząco, jednak po bliższej obserwacji znacznie traci na atrakcyjności. Waldemar Pawlak przypomina Zagłobę, ofiarowującego królowi szwedzkiemu Niderlandy. Odda to, czego przez dwadzieścia lat nie udało się sprzedać, choć ceny były bardzo atrakcyjne. Agencja Nieruchomości Rolnych (dawniej Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa) na progu transformacji została powołana, by sprywatyzować ziemię po byłych państwowych gospodarstwach rolnych oraz z Państwowego Funduszu Ziemi. Razem 4,7 mln hektarów.

Warunki zakupu, jakie oferowano rolnikom, były bardzo atrakcyjne. Żeby kupić grunty, wystarczyło zapłacić 20 proc. ceny, resztę należności agencja rozkładała na 15 lat. Na ten cel można było zaciągnąć kredyt, również na preferencyjnych warunkach, z oprocentowaniem niższym niż inflacja. Ceny także były kuszące. W 1992 r. hektar ziemi z zasobów agencji można było kupić za 500 zł, obecnie średnia cena przeskoczyła 18 tys. zł.

Mimo to przez dwadzieścia lat funkcjonowania agencja sprywatyzowała zaledwie połowę posiadanej ziemi, dokładnie 2,5 mln ha. Na cztery organizowane przez agencję przetargi transakcja dochodziła do skutku tylko w jednym przypadku. Rejony, w których rolnicy najbardziej pragnęli powiększyć swoje gospodarstwa, nie były bowiem tymi, na których ziemią dysponowała ANR. Upadłe pegeery znajdowały się głównie w północnej i zachodniej Polsce. Wydawały się mało kuszące nawet wtedy, gdy Adam Tański jako minister rolnictwa proponował rolnikom z innych regionów, że za każdy hektar pozostawionej ziemi na Podkarpaciu, w Świętokrzyskiem czy na Mazowszu dostaną dziesięć z ANR. Na tak, wydawałoby się, atrakcyjną propozycję w zasadzie nikt nie dał się skusić.

ANR nie może czekać z rozdysponowaniem reszty przez następnych 20 lat. Z kilku powodów. Najważniejszy to ten, że rolnicy będą mogli dostawać preferencyjne kredyty tylko do końca 2013 r. Ktoś, kto nie kupił do tej pory, potem tym bardziej się nie zdecyduje. Po drugie – od 2016 r. polską ziemię będą mogli bez ograniczeń kupować także obywatele innych krajów UE, w tej sytuacji PSL woli już oddać ją pod mieszkaniówkę. Powód trzeci, choć nie najmniej ważny – jesienią są wybory w PSL i taki gest może Pawlakowi przysporzyć popularności.

Ile pomysł ten jest wart dla tych, którzy nie mają mieszkań? Dużo mniej. Sytuacja rodzin, które skuszą się na tę darowiznę, szybko może się stać podobna do tej, w której znaleźli się pracownicy byłych pegeerów, kiedy prawie za darmo stali się właścicielami dawnych mieszkań zakładowych. Ostatnio analizowało ją dokładnie Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Osiedla te stoją w szczerym polu, z którego daleko zarówno do lekarza, jak i do szkoły. Nie ma też pracy.

Mimo wielkich pieniędzy, które rolnicy mogą dostać w ramach wspólnej polityki rolnej, także na założenie własnej firmy, na wsi przedsiębiorczość nie kwitnie. Na każdy tysiąc mieszkańców w miastach właścicielami firm jest 121 osób, na wsi – zaledwie 63. Na terenach popegeerowskich jest jeszcze gorzej. Nie są one bowiem skomunikowane siecią dróg ani z powiatem, ani z innymi miastami, w których można by szukać roboty czy klientów.

Marnuje się też wielki wysiłek, jaki ich mieszkańcy włożyli w edukację swoich dzieci. Te pokończyły różnej jakości szkoły wyższe, a praca na miejscu, jeśli jest, to tylko dla fachowców – po zawodówkach lub technikach. Absolwenci wyższych uczelni pogarszają tylko statystykę bezrobocia.

Ładnie brzmiąca obietnica PSL polega tak naprawdę na tym, by obok starych popegeerowskich osiedli stanęły teraz nowe domy rodzin, które skuszą się na darmowe działki. Nowi nie odmienią jednak losu starych, bo ich szanse na pracę będą tak samo małe. Nie założą firm, w których powstaną nowe miejsca pracy, bo cywilizacyjna infrastruktura tych osiedli od łatwo rzuconych obietnic się nie poprawi. A to od niej należałoby zacząć.