No i mamy stan narodowej kompromitacji. Na rok przed rozpoczęciem europejskich mistrzostw w piłce nożnej wiadomo już, że Polskę czeka totalna klapa. Nawet Ukraińcy poradzili sobie lepiej. U nas Chińczycy nie zbudują autostrady, a Stadion Narodowy to jakaś fuszerka. Tak, wraz z większością mediów trzeba otwarcie przyznać: zawaliliśmy Euro.

Tylko że nad tą narodową histerią warto zastanowić się bardziej poważnie. I najlepiej wybić ją sobie z głowy. Przede wszystkim dlatego, że – przepraszam za banał – na piłkarskich mistrzostwach najważniejsze są stadiony. Jeżeli na nich wszystko będzie OK, sukces Euro jest w zasięgu ręki. A przecież jest jeszcze wystarczająco dużo czasu, żeby poprawić nawet te koszmarne niedoróbki na Narodowym. Natomiast dosyć zabawne są dyskusje wagi ciężkiej: co ma się pojawić wokół stadionów, dlaczego władza nie zdążyła zbudować hoteli i centrów kongresowych, których to brak ma się stać przyczynkiem do narodowej kompromitacji. Przypomnę zatem tylko, że podczas poprzednich mistrzostw w Austrii reprezentacja Polski grała w miejscowości Klagenfurt. Tamtejszy stadion był otoczony czymś w rodzaju kartofliska, ekipy telewizyjne porozstawiane na tym polu wyglądały nawet dosyć malowniczo. I jakoś nikt nie krzyczał o klagenfurckiej kompromitacji.

Co do reszty, czyli autostrad i kolei, gdzie obecność (bądź nieobecność) chińskich wykonawców dodatkowo rozpala wyobraźnię, warto sobie uświadomić, że organizacja Euro jest pięknym pretekstem do budowy infrastruktury na skalę, jakiej jeszcze w Polsce nie było. Ale niewiele więcej niż pretekstem. Kibice naprawdę poradzą sobie z przemieszczaniem się, tak jak przez lata miliony Polaków dawały sobie radę z fatalnym stanem dróg. Z punktu widzenia Euro nie ma większego znaczenia, czy ten, czy tamten odcinek A2 lub A4 nie będzie gotowy. Natomiast kolosalne znaczenie ma to, że Polska w końcu zyska niewystarczającą jeszcze, ale jednak, sieć przyzwoitych dróg. Owszem lepiej, żeby była gotowa na Euro, lecz jeżeli stanie się to kilka miesięcy później, świat naprawdę się nie zawali.

Czy to znaczy, że przez ostatnie kilkudziesiąt miesięcy ci, którzy odpowiadali za budowę infrastruktury na Euro, nie popełnili błędów? Owszem, popełnili. W katastrofalny sposób na przykład zabrali się do modernizacji kolei. Tam poniewczasie zorientowano się, że aby znacząco skrócić czas podróży, nie trzeba rozgrzebywać całych tras, tylko poprawić najgorsze odcinki. A tak kibiców czekają długie godziny w pociągach. Tak jak zresztą poprzednio, gdy doskonałe szwajcarskie i austriackie koleje zafundowały kibicom kilkunastogodzinne przejazdy pomiędzy miastami, w których rozgrywano mecze.