Zarząd portów w Szczecinie i Świnoujściu będzie walczył przed niemieckim sądem administracyjnym o cofnięcie zgody na budowę gazociągu Nord Stream. To już chyba jedna z ostatnich szans na ułożenie gazociągu w ten sposób, żeby nie przeszkadzał on rozwojowi portu w Świnoujściu.

W tej sprawie liczą się pewne niuanse. Na przykład hasło, że Nord Stream zablokuje nam podejście do przyszłego gazoportu, jest owszem nośne, tyle że nieprawdziwe. Statki z LNG przepłyną nawet nad bałtycką rurą. Problem dotyczy zwykłego, klasycznego portu i zwykłych klasycznych transportowców, tyle że dużych, o zanurzeniu powyżej 13,5 m. Co więcej, na razie do Świnoujścia wchodzić one nie za bardzo mogą, stanie się to możliwe dopiero po rozbudowie portu, którą to rząd wpisał nawet kiedyś do swoich strategicznych planów. A tymczasem statki nie wejdą, nie zmieszczą się nad rurą, cała rozbudowa na nic.

Niuanse niuansami, ale konkluzja ma już mniej zniuansowany charakter. Otóż rzeczywiście budowa Nord Stream przydusi Świnoujście. Sprawa jest już w zasadzie przegrana. Szanse, że niemiecki sąd przyzna rację polskim portom – minimalne. Owszem, są pewne gesty z niemieckiej strony, mówi się o wytyczeniu nowego toru wodnego do Świnoujścia, jednak koszty i administracyjna mitręga czynią całą sprawę mało prawdopodobną. A co najważniejsze, gazociąg już sobie leży na dnie Bałtyku, za parę tygodni zakończy się układanie jego końcowych odcinków, na jesieni popłynie gaz.

Pytanie, jak mogło do tego dojść. Czy kolejne polskie rządy wykorzystały wszelkie możliwości, żeby gazociąg na podejściu do Świnoujścia został ułożony nie bezpośrednio na dnie morza, lecz w to dno wkopany? Sprawa nie była prosta, gdyż Nord Stream przebiega pod niemieckimi wodami, ale czy niemożliwa? Przecież szef niemieckiego MSZ ongiś obiecał, że uwzględni polskie zastrzeżenia. I co? I nic. Wygląda na to, że nasza strona z pełną konsekwencją stosuje w tej sprawie taktykę olimpijskiego spokoju, która okazała się, delikatnie mówiąc, mało skuteczna. Chyba że sprawa Nord Stream pod podejściem do polskich portów jest przedmiotem skomplikowanej dyplomatycznej i politycznej gry. W takim przypadku trzeba mieć nadzieję, że kiedyś poznamy jej rezultaty i przekonamy się, co udało się nam w tej grze wygrać. Na razie jednak może warto przedstawić pod osąd opinii publicznej katalog działań podjętych przez polską stronę, żeby rozwój Świnoujścia nie został przyhamowany.

A katalog ów mógł być szeroki. Jeszcze niedawno, by już trzymać się Świnoujścia, strona niemiecka była bliska zablokowania unijnej dotacji na budowę gazoportu, powołując się na zastrzeżenia ekologiczne. Część ekspertów wskazywała na to, że bez unijnej kasy budowa terminalu może się opóźnić, co z kolei było korzystne dla portów zza Odry. Teraz historia wygląda podobnie – w Hamburgu czy Rostocku na pewno nie ma atmosfery smutku i przygnębienia z powodu kłopotów Świnoujścia. To prawda, dobre stosunki z Niemcami są sprawą pierwszorzędną, ale zawsze trzeba pamiętać, że w kwestiach gospodarczych z atmosferą przyjaźni ściga się żywy pieniądz.