Minister skarbu Aleksander Grad, chcąc sprzedać poznańską firmę energetyczną Enea, przebierał i wybrzydzał tak, jakby był właścicielem FC Barcelona i miał właśnie w ofercie Leo Messiego. Tymczasem wystawił na sprzedaż ociężałego zawodnika z polskiej I ligi.

Po wielu podejściach i straconych dwóch latach minister Grad wycofał się ze sprzedaży większościowego pakietu akcji Enei, co miało przynieść około 5,5 mld zł. Chętnych było niewielu, nikt też nie chciał dać tyle za molocha, w którego trzeba dużo zainwestować, a koszty trudno obniżyć. Nikogo na przykład nie można zwolnić, choćby źle pracował, bo związki wywalczyły gwarancje zatrudnienia do 2018 roku.

To był już drugi przetarg w ciągu ostatnich dwóch lat. Pierwszy wygrał niemiecki koncern RWE, ale wycofał się. W kolejnym wygrała firma najbogatszego Polaka Jana Kulczyka, ale wycofał się resort skarbu. Nagle zaczął mu przeszkadzać sposób sfinansowania transakcji za pożyczone w bankach pieniądze, których zabezpieczeniem miał być także majątek Enei. Takie obciążenie spółki zmniejszyłoby jej zdolność kredytową, a więc i niezbędne inwestycje. Obawiano się też, że Kulczyk, jak to ma w zwyczaju, po kilku latach odsprzeda akcje zagranicznemu inwestorowi branżowemu.

Kolejny pretendent, który uzyskał wyłączność w negocjacjach, francuski państwowy koncern EdF, wyraźnie nie przypadł do gustu wicepremierowi Waldemarowi Pawlakowi. I trudno nie przyznać mu racji, gdy mówił o sprzedaży energetyki innemu państwu. A Enea jest trzecim co do wielkości, po PGE i Tauronie, producentem prądu. Francuzi patrzyli też sceptycznie na forsowaną przez rząd i związki zawodowe inwestycję w elektrownię w Kozienicach.

Nieudana sprzedaż Enei pokazała, że w polskich warunkach zdecydowanie łatwiej sprzedawać przez giełdę niż inwestorowi strategicznemu, choć ten ostatni jest o niebo lepszym rozwiązaniem – więcej płaci, zwiększa możliwości inwestycyjne i usprawnia zarządzanie. Giełda nie naraża rządu na zarzut wyprzedaży za bezcen obcemu kapitałowi. Przed wyborami ma to znaczenie niebagatelne.

To wszystko źle wróży sprzedaży większościowego pakietu Lotosu, który ma kupić inwestor strategiczny. Ministerstwo Skarbu będzie się bało, że każda cena, jaką dostanie za ten naftowy klejnot, okaże się za niska. A jak jeszcze pieniądze mieliby wyłożyć Rosjanie, to już dla wielu pachnie aferą na kilometr.