Jak długo sytuacja w Libii i Japonii pozostanie na pierwszym planie, tak długo cały świat finansowy będzie czekał w napięciu na nowe wydarzenia i nerwowo na nie reagował. Jeśli w obu krajach nie dojdzie do głębokiego kryzysu – w pierwszym przypadku politycznego, w drugim ekologiczno-gospodarczego – problem kryzysu fiskalnego w Europie znów znajdzie się w centrum uwagi. Trudność leży bowiem w tym, że o ile kierunek zmian jest właściwy, to ich tempo zupełnie niewspółmierne do potrzeb.

Rząd grecki przy sprzeciwie społeczeństwa wprowadza niezbędne oszczędności budżetowe, aby móc w przyszłości spłacać swój dług. Ale pomimo starań i wyrzeczeń dług rośnie. Przede wszystkim dlatego, że grecka gospodarka jest w recesji, z wciąż olbrzymim deficytem budżetowym. Co prawda maleje on, ale nie znika – ciągle pozostaje dziura w budżecie – a to oznacza przyrost nominalny długu. Kiedy PKB rośnie wolniej niż dług, dług w relacji do PKB powiększa się. Tak więc pomimo wysiłków Aten w roku 2015 dług Grecji wzrośnie z obecnych 140 proc. PKB do 165 proc. PKB. Podobnie w Irlandii, gdzie szacuje się, że dług wzrośnie w roku 2015 do 124 proc. PKB z obecnych 97 proc. PKB.

Kraje strefy euro przygotowują pakt dla euro, który ma zapobiec tego typu problemom w przyszłości. Niemniej jednak, zanim prokonkurencyjne działania wejdą w życie, Grecja i Irlandia będą miały wyższy dług niż dzisiaj. Nie jest to wiedza tajemna – wszyscy przywódcy europejscy zdają sobie z tego sprawę. A to znaczy, że mając świadomość problemów, udają, że ich nie ma. Odżegnują się publicznie od planów przeprowadzenia kontrolowanej upadłości Grecji i Irlandii, proponują stress testy bankowe, do których niezbyt pasuje przymiotnik „stress”. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ze względów politycznych trudne decyzje są odkładane, a rzeczywistość zaklinana.

Dzisiaj widać, że ocena skali niezbędnej redukcji deficytu Grecji i Irlandii była niewspółmierna do potrzeb. Dokonano błędnego szacunku na etapie przyjmowania pakietów ratunkowych. Teraz bogatszym krajom Zachodu trudno się przyznać do tego błędu, niełatwo też uzasadnić, dlaczego do – i tak głębokiego – pakietu reform należy dołożyć kolejny. Przecież takie sugestie uderzyłyby w wiarygodność tych, którzy ustalali go kilka kwartałów temu. Mogłyby też zmieść ze sceny polityków, którzy wprowadzają go w życie. Stąd przesuwanie terminów spłat zadłużenia do siedmiu lat, nie wspominając o tym, co potem.

Nie wierzę, że nie ma opracowanego planu B. W sytuacji niepewności, kiedy utrzymują się wysokie ceny ropy oraz ryzyko ujemnej dynamiki PKB w Japonii w tym roku, żaden poważny przywódca europejski nie może zasypiać spokojnie bez takiego planu. W najlepszym wypadku wariant awaryjny oznacza, że za kilka lat, kiedy gospodarka europejska wejdzie na stabilną ścieżkę wzrostu i globalna niepewność stanie się znacznie mniejsza niż obecnie, dokona się kontrolowanej restrukturyzacji długów niektórych krajów. W wariancie mniej optymistycznym przywódcy europejscy muszą mieć przygotowany plan działania na wypadek np. zaprzestania reform przez jeden z krajów znajdujących się w tarapatach czy też załamanie na rynkach finansowych zupełnie z innego powodu.

Im wcześniej ta napięta sytuacja fiskalna zostanie rozwiązana, tym lepiej. Nie ma innej drogi niż restrukturyzacja długu. Bez tego będziemy żyli w ciągłej niepewności i napięciu. To, że takie decyzje jeszcze nie zostały podjęte, wynika z zasad polityki, a nie ekonomii.