Wbrew temu, co mówią sceptycy, strefa euro przetrwa i nie rozpadnie się. Kraje należące do niej mają polityczną wolę i środki finansowe, by kontynuować eksperyment ze wspólną walutą. Pokazuje to nowy raport, zatytułowany „Europa da radę”, opublikowany przez Nomura Global Economics. Autorzy przypominają, że strefa euro jest produktem procesu integracji europejskiej, który rozpoczął się po II wojnie światowej. Nawet dla dzisiejszych przywódców projekt ten ma charakter egzystencjalny, mimo że pamięć o wojnie zanika w ich społeczeństwach. Słuszne okazało się też założenie, że integracja ekonomiczna stworzy potężną wspólnotę interesów. Natomiast konsekwencje nawet częściowego rozpadu strefy euro są nieznane i zatrważające. Tylko w ekstremalnych warunkach europejscy przywódcy rozważaliby ten krok.

Elity niemieckie są świadome zagrożeń wiążących się z izolacją oraz korzyści płynących ze stabilizacji, którą europejski projekt przyniósł ich krajowi. Także liderzy krajów znajdujących się dziś w tarapatach boją się statusu wygnańca, który byłby konsekwencją wyjścia ze strefy euro. Możliwa jest restrukturyzacja długu, wszelki rozpad unii monetarnej już dużo mniej.

Paradoksalnie tragedia strefy euro polega na tym, że funkcjonowała ona zbyt dobrze. W czasach euforii nieostrożni kredytodawcy pożyczali kredytobiorcom linę, na której ci ostatni mogli się powiesić, czy były to nieodpowiedzialne rządy (tak jak w Grecji) czy głupie firmy prywatne (tak jak w Irlandii i Hiszpanii). Rezultatem było wielkie zadłużenie.

Ostatecznie kredytodawcy dostrzegli powagę sytuacji. Jednak już wtedy ich dług stał się długiem publicznym, bo rządy próbowały ratować system finansowy i podtrzymać aktywność więdnących gospodarek.

Jak zauważają autorzy raportu Nomury, zdolność do zarządzania długiem publicznym zależy od trzech rzeczy: podstawowego deficytu fiskalnego (przed uwzględnieniem odsetek), „kuli śniegowej”, czyli relacji pomiędzy stopami procentowymi a przyszłym wzrostem, oraz wpływu korekt przepływowych na dług publiczny – potrzeby ratowania banków lub deflacji długu (skoku zadłużenia wynikającego ze spadku rodzimych cen lub dewaluacji waluty, kiedy dług jest nominowany w walucie obcej). Kryzys pogłębia wszystkie trzy czynniki.

Szczególnie ważne dla perspektyw wzrostowych, sytuacji fiskalnej i zagrożenia inflacją długu jest to, że zadłużone kraje mocno osłabiły swoją pozycję konkurencyjną w okresie konwergencji. Jednostkowe koszty pracy w porównaniu do Niemiec wzrosły w latach 1999 – 2007 o 31 procent w Irlandii, 27 procent w Grecji i Hiszpanii i 24 procent w Portugalii. Kraje te czeka długa droga do odzyskania konkurencyjności.

Raport pokazuje pewne kłopotliwe liczby, jeżeli chodzi o skalę zadania fiskalnego stojącego przed krajami pogrążonymi w kryzysie. Załóżmy, że celem jest osiągnięcie do 2030 roku stosunku długu publicznego do PKB w wysokości 60 procent – a więc standardu zawartego w traktacie z Maastricht. Załóżmy również, że stopy procentowe są tylko o jeden procent wyższe niż nominalne tempo wzrostu PKB. Wówczas konieczne ograniczenie podstawowego deficytu fiskalnego między rokiem 2009 i 2020 wyniesie 16 i 18 procent PKB w Grecji, 14 i 16 procent w Irlandii, 10 i 12 procent w Hiszpanii oraz 8 i 10 procent w Portugalii. Skalę wyzwania tłumaczy po części rozmiar początkowego deficytu: 9,8 procent PKB w Grecji, 9,7 procent w Irlandii, 7,5 procent w Hiszpanii i 5,4 procent w Portugalii. Trudno się dziwić, że rynki nie chcą finansować niektórych spośród tych krajów na dogodnych warunkach. Trudno mi uwierzyć, że wszędzie uda się uniknąć restrukturyzacji długu. Niewybaczalnym błędem było wystawienie przez ostatni irlandzki rząd niefrasobliwych gwarancji dla zadłużenia swoich banków oraz to, że reszta Unii Europejskiej poparła tę decyzję. Państwo zniszczyło własną wiarygodność kredytową, by ratować wierzycieli banków.

Restrukturyzacja długu nie jest jednak śmiertelnym zagrożeniem dla strefy euro. Warto pamiętać, że Grecja, Irlandia i Portugalia generują tylko 6 procent PKB eurostrefy, Hiszpania – 11 procent. Cały dług publiczny strefy euro stanowi jedynie 84 procent jej PKB, a deficyt fiskalny 6 procent. Oba wskaźniki są lepsze niż w USA.

Trzeba osiągnąć trzy cele: powstrzymać panikę bankową i fiskalną, pomóc krajom, które znalazły się w tarapatach, wrócić na właściwą drogę gospodarczą i stworzyć system zapobiegający takim kryzysom w przyszłości. Czy pomysły, nad którymi się dyskutuje, dorastają do tych wyzwań?

„Financial Times”