Szwajcarów i Polaków oprócz pewnych, niewielkich zresztą, wspólnych tradycji historycznych połączyło ostatnio coś silnego – niechęć, z jaką odbierają wysoki kurs szwajcarskiego franka. A stał się on już mocniejszy od amerykańskiego dolara i ma to znaczenie symboliczne, jeżeli chodzi o ekonomiczną rzeczywistość naszych czasów. Otóż na rynku walutowym Szwajcaria ostała się jako bodaj jedyna absolutnie bezpieczna przystań. Zwłaszcza kiedy do kłopotów sektora bankowego i realnej gospodarki wielu państw dołączyły obawy o amerykańskie i europejskie finanse publiczne oraz te związane z rewolucjami przetaczającymi się przez kraje arabskie.

Kto bowiem mógłby konkurować ze Szwajcarią, krajem ze stabilną gospodarką, finansami i rządami? Strefa euro? Żarty. USA? Tamtejsza administracja jednak trochę przesadziła z ilością dolarów wpompowanych w gospodarkę, do tego dochodzi „poluzowanie ilościowe” Fedu, co wepchnie jeszcze więcej gotówki na rynek. I nie wiadomo, jak to wszystko się skończy.

Zostaje Szwajcaria. Jeżeli na świecie dzieje się coś nieprzyjemnego, kupujmy jej franka. I inwestorzy operujący na rynku walutowym robią to na szeroką skalę. Sami Szwajcarzy, jako się rzekło, nie są tym specjalnie zachwyceni, gdyż ich eksport w ekspresowym tempie traci na konkurencyjności. Tyle że wszelkie próby osłabienia franka – werbalne i realne – w najlepszym razie dały tylko chwilowy skutek. Szwajcarzy są po prostu dla świata zbyt mało przekonujący, kiedy mówią o własnej walucie.

Wiadomości o rosnącej sile szwajcarskiej waluty nie brzmią dobrze dla polskich kredytobiorców, którzy mieli nieszczęście zadłużyć się we franku. Właściwie to pozostaje im tylko liczenie, kiedy przewalutowanie kredytu stanie się bolesną koniecznością. I marna to pociecha, że do tego momentu daleko, a frank niemal dokładnie dwa lata temu był jeszcze droższy niż teraz i kosztował aż 3,3 złotego.

Jednak trzeba pamiętać też o tym, że to, co dzisiaj jest siłą franka, za czas jakiś może okazać się jego słabością. Podobnie zresztą sprawa wygląda w przypadku żywności czy ropy. Otóż ucieczka do franka tylko w części jest napędzana przez przyczynę fundamentalną, czyli sytuację ekonomiczną Szwajcarii. Reszta to emocje i inwestycyjny trend na rynku walutowym. Wystarczy – co dzisiaj brzmi trochę jak pobożne życzenie – że sytuacja na świecie się uspokoi, a inwestorzy dojdą do wniosku, że na franku zarobili swoje i szwajcarska waluta powinna zacząć tanieć. O ile? Nie miejmy złudzeń, że polska gospodarka i finanse publiczne są tak zdrowe, żeby przypominać sobie poziom nieco ponad 2 zł za franka. Ale kurs sprzed roku, sprzed perturbacji, które wstrząsnęły strefą euro? Czyli z ostatniego okresu względnego spokoju? Wynosił wówczas mniej więcej 2,65. I być może taki właśnie potencjał do osłabiania ma dzisiaj szwajcarska waluta.