W pierwszym półroczu 2010 r. Ukraińcy zostawili w przygranicznych polskich miastach prawie 1 mld zł, eksport do tego kraju wyniósł w tym czasie 5,1 mld zł. Białorusini wydali 484 mln zł, eksport oficjalny to 2,1 mld zł. Jest nadzieja na podobne umowy z obwodem kaliningradzkim.

Podczas jednego pobytu Ukraińcy wydają przeciętnie 454 zł. Najwięcej na materiały budowlane, sprzęt gospodarstwa domowego, części i akcesoria samochodowe. Z żywności najczęściej kupują mięso i przetwory. Struktura wydatków Białorusinów wygląda podobnie, z tą różnicą, że chętnie kupują też odzież i obuwie.

Mały ruch przygraniczny to szansa dla biednych regionów naszej ściany wschodniej. Dzięki klientom zza Buga właściciele sklepów w pobliżu granicy odnotowali 5-proc. wzrost obrotów, hurtownicy 7-proc. Aż 69 proc. wschodnich klientów deklaruje, że odwiedza Polskę kilka razy w tygodniu, 23 proc. – że kilka razy w miesiącu. Wygląda na to, że wolą kupować u nas niż u siebie. Podobnie zachowują się Litwini, którzy także są przecież w UE. W litewskich sklepach pełno jest polskiego nabiału, np. serów.

Zjawisko sprzed lat, gdy Niemcy ruszyli na polskie bazary, teraz przenosi się na granicę wschodnią. Ważne, by tamtejsi mieszkańcy umieli popularność polskich towarów wykorzystać tak, jak zrobili to Polacy nad Odrą i Nysą. Dziś Niemcy robią u nas nie tylko zakupy, ale też leczą zęby, poprawiają urodę. Jednak drogi czy pensjonaty przy granicy zachodniej nie przypominają tych ze wschodu. Nawet jeśli ktoś miałby ochotę pobyć dłużej, nic go tam nie zatrzyma. Jeśli samorządy lokalne nie wspomogą mieszkańców, dalszy rozwój wypadków nietrudno przewidzieć. Wkrótce wielkie sieci postawią w Medyce i na innych przejściach kilka hipermarketów. Okoliczni mieszkańcy znajdą w nich kiepsko płatne miejsca pracy. Też dobrze, ale może być lepiej.