Porównywanie prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej sprzed 10 lat z obecnym procesem prywatyzacji energetyki jest błędem. Nie można bowiem mówić o tym w oderwaniu od ówczesnych realiów. Mam na myśli decyzje, jakie zostały podjęte przez rząd SLD w połowie lat 90. Wówczas przydzielono licencję na działalność operatora telefonii komórkowej właśnie France Telecom.

Kiedy proces prywatyzacji TP został rozpoczęty, dla najbardziej zyskownej części przedsiębiorstwa inwestor strategiczny był już zatem wybrany. Dla wszystkich globalnych graczy telekomunikacyjnych wówczas było jasne, że telefonia stacjonarna odchodzi do lamusa, a przyszłość należy do mobilnej. FT miał gwarancję dalszego rozwoju na polskim rynku, a inni potencjalni inwestorzy wyraźnie stwierdzali, że bez telefonii komórkowej nie są zainteresowani najbardziej archaiczną częścią TP.

Pamiętajmy też, że TP z lat 90. raczej nie była liderem nowych technologii. Firma miała przerosty zatrudnienia i dziesiątki związków zawodowych. Potrzebowała inwestora z ogromnym know-how technologicznym, doświadczonego w restrukturyzacjach, umiejącego prowadzić dialog z załogą. To były wówczas kluczowe czynniki decydujące o wyborze inwestora strategicznego.

W latach 90. intencją przeprowadzających prywatyzacje było to, by źle zarządzane państwowe spółki zrestrukturyzować i przygotować do walki na coraz bardziej konkurencyjnym rynku.

Sam FT w trakcie prywatyzacji TP był już spółką publiczną (od 1997 roku) i już wtedy zapowiedziano kolejne etapy prywatyzacji. Zatem trudno mówić, by TP przeszła w ręce innej państwowej spółki, gdyż dzisiaj udział skarbu państwa w FT wynosi 26 procent.