Prywatyzacja firm polegająca na łączeniu ich ze spółkami z udziałem Skarbu Państwa to proces, w którym do czasu ponownej sprzedaży akcji w ręce prywatne można mówić nie o prywatyzacji, lecz o „dalszej nacjonalizacji z udziałem komponentu prywatnego”. Takie łączenie może być akceptowalne tylko wyjątkowo, na niedługi okres, niezbędny dla osiągnięcia konkretnego celu.

Przejąć, by uratować

Dobrze rozumieją to Amerykanie. W Stanach Zjednoczonych istnieje pragmatyczny rozdział sfery publicznej i prywatnej. Rząd działa w domenie służby publicznej, a jego celem jest realizacja interesu społecznego obywateli. Aby uniknąć sytuacji prowadzących do konfliktu interesu między domeną publiczną a prywatną, rząd amerykański nie angażuje się w sektor prywatny. Nie oznacza to jednak, że nie może zostać właścicielem firmy na krótki czas. Może, kiedy wymaga tego ważny interes społeczny lub ochrona konkurencyjności danego rynku. Właśnie takie przesłanki leżały u podstaw przejęcia przez rząd amerykański udziałów w firmach motoryzacyjnych General Motors i Chrysler. Na tej podstawie GM dostał pomoc o wartości 50 miliardów dolarów w zamian za 61 proc. udziałów w firmie.

W krótkim czasie GM został zrestrukturyzowany i obecnie firma przynosi przychód netto rzędu 1,3 miliarda dolarów za okres kwiecień – czerwiec 2010. Na początku września firma podjęła kroki w amerykańskiej komisji papierów wartościowych, aby sprzedać swoje akcje na giełdzie w celu wykupienia akcji rządowych jeszcze w tym roku. Chrysler, który 80 proc. sprzedaży generuje na rynku amerykańskim, być może uczyni ofertę publiczną swoich akcji w roku przyszłym.

W Polsce z powodów historycznych państwo jest właścicielem wielu firm funkcjonujących w niemalże wszystkich gałęziach gospodarki, w tym w sektorze energetycznym. Wszystko wskazuje na to, że grupa firm mających strategiczne znaczenie dla gospodarki i bezpieczeństwa państwa nie będzie nigdy prawdziwie sprywatyzowana.

Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie istnieje przekonanie o potrzebie utrzymywania kontroli państwowej w firmach o strategicznym znaczeniu dla gospodarki. Chodzi o to, by zapobiec ich przejęciu przez takich właścicieli, którzy mogliby chcieć działać na ich szkodę, a zatem na szkodę całej gospodarki. Taka argumentacja jest na rękę związkom zawodowym oraz partiom politycznym czerpiącym różne korzyści z wpływów, jakie mają w przedsiębiorstwach kontrolowanych przez państwo.

Ustawa chroni firmy

W USA rząd zachowuje możliwość zapobiegania działaniu na szkodę społeczną w sferze prywatnej, ale nie musi w tym celu utrzymywać własności państwowej. Dzięki ustawie Exxon-Urbio może ingerować w transakcje przejęć, które uzna za szkodliwe dla bezpieczeństwa państwa, np. z obawy, że kluczowe dla gospodarki przedsiębiorstwa trafią w ręce państwowego kapitału obcego. Sam fakt istnienia takiej ustawy odstrasza obcy kapitał państwowy od rynku amerykańskiego tak skutecznie, ze rząd amerykański praktycznie nie musi korzystać z uprawnień wynikających z tej ustawy. Dzięki temu mechanizmowi prawnemu świat polityki ani zawiązki zawodowe w USA nie mają pretekstu, aby nawoływać do państwowej kontroli kluczowych dla gospodarki firm.

Nie wolno zapominać, że własność państwowa przedsiębiorstw tworzy konflikt interesów w grze rynkowej. W systemie wolnego rynku rolą państwa jest zapewnienie takiego działania prawa, aby tworzyło równe zasady gry dla wszystkich podmiotów gospodarczych i skutecznie chroniło wolną konkurencję rynkową. Jednakże gdy rząd ma udziały w firmach, automatycznie przestaje być bezstronnym arbitrem gry wolnorynkowej, a zaczyna być sędzią we własnej sprawie. Ofiarą takiej sytuacji jest państwo prawa, interes społeczny, a w końcu i demokracja.