Plan prywatyzacji mobilizuje więc bogate w gotówkę spółki państwowe lub te z dominującym udziałem państwa do zakupu swoich państwowych sióstr lub ich udziałów.

Taki sam skutek osiągnąć można, łącząc spółki państwowe – tylko że wówczas nie ma zapłaty, a więc także przychodów z prywatyzacji. Dla ministra skarbu jest to proces mało interesujący.

Prywatyzacji, jak twierdzą rządzący, nie robi się, by jednorazowo zasilić budżet. Zmiana właściciela ma poprawić efektywność gospodarowania, państwo zaś ma uzyskać większe wpływy podatkowe lub chociażby przestać dokładać do interesu. Oznacza to, że na każdą z takich transakcji patrzeć należy indywidualnie. Jeśli podyktowana jest potrzebą lepszego wykorzystania surowców, sieci sprzedaży czy potencjału wytwórczego lub synergią produktową, nie jest to pomysł chybiony. W przyszłości zaprocentuje większymi wpływami przy prywatyzacji spółki kupującej. Niezbędne jest jednak, by nowy właściciel państwowy zachowywał się po transakcji jak prywatny, a więc restrukturyzował nabytą firmę, dostarczył jej kapitał i pomógł w rozwoju. Dobrą zasadą weryfikującą efektywność takich decyzji jest sprawdzenie, czy po transakcji oba podmioty są w sumie więcej warte niż przed nią. Jeśli tak nie jest, to znaczy, że pomysł był zły lub został źle przeprowadzony.

W następstwie takich prywatyzacji obie firmy funkcjonują w niezmieniony sposób, a więc ani one, ani Skarb Państwa nie mają z tego procesu pożytku. Powodem jest słaba jakość zarządzania podmiotami państwowymi, silna pozycja związków zawodowych ograniczających odważniejsze poczynania zarządów, no i doraźne potrzeby polityczne. Mimo zacnych intencji pozostaje więc tylko efekt budżetowy. Całkowicie pozorowanym działaniem prywatyzacyjnym jest natomiast kupowanie przez firmy państwowe mniejszościowych pakietów spółek, które mają już inwestora strategicznego, np. Elektrociepłowni Białystok przez Eneę.

Również tylko fiskalny i propagandowy cel ma sprzedaż podmiotom państwowym małych pakietów spółek publicznych. Tak Tauron kupił mały pakiet KGHM, BGK kawałek PKO BP, a PGNiG 5 proc. Zakładów Azotowych Tarnów.

Jeśli więc celem tych transakcji jest zwiększenie wpływów budżetowych, to niech bez owijania w bawełnę minister skarbu po prostu sięgnie po te środki w formie wypłaty dywidendy.