Po dekadzie funkcjonowania paliw bio w polskiej gospodarce branża staje przed nowym wyzwaniem. Nowa dyrektywa UE wprowadza limit dla produkowanych obecnie biopaliw pierwszej generacji i zachęca do poszukiwania nowych rozwiązań. To skok na głęboką wodę.
Unijna dyrektywa ILUC wprowadziła niepewność nie tylko do polskiej branży paliwowej. Przewiduje ona bowiem ograniczenia stosowania biokomponentów pochodzących z surowców rolniczych do 7 proc. (według wartości energetycznej), pozostawiając cel 10 proc. dla paliw do transportu, jednocześnie wyznaczając cel dla biokomponentów zaawansowanych na poziomie 0,5 proc. w 2020 r. Chodzi o rozwijanie zaawansowanych technologii produkcji w oparciu o surowce, które nie konkurują z rynkiem spożywczym. Wyłączone są więc z kalkulacji zużyte oleje roślinne oraz tłuszcze zwierzęce.
Co to oznacza? Po pierwsze, górny limit dla biopaliw wytwarzanych w najpowszechniejszej i najlepiej opracowanej technologii. Po drugie, niepewność legislacyjną – nie wiadomo bowiem jeszcze, w jaki sposób przepisy dyrektywy będą implementowane do polskiego prawa. Po trzecie wreszcie – mamy do czynienia z niepewnością technologiczną – jeśli bowiem chodzi o zaawansowane biokomponenty, do których wytwarzania UE zachęca, to na rynku brakuje skomercjalizowanych technologii ich produkcji.
Reklama
Paliwa kontra jedzenie
Pierwsze regulacje dotyczące stosowania biopaliw pojawiły się w 2006 r. w ustawie o biokomponentach i biopaliwach ciekłych oraz o systemie monitorowania jakości paliw. Określały one, co może być biododatkiem do paliwa i w jakich proporcjach powinno się je dodawać. Dotyczyły biokomponentów, które dziś określamy mianem biopaliw pierwszej generacji – były to: ester metylowy, czyli przetworzony chemicznie olej roślinny dodawany do olejów napędowych, i bioetanol dodawany do benzyny. W obydwu przypadkach „surowcem” były rośliny uprawne – zboża, rzepak czy buraki cukrowe.

Reklama
I tu właśnie Unia Europejska dostrzegła problem, dochodząc do wniosku, że branża biopaliwowa staje się konkurencją dla rynku żywnościowego – innymi słowy: uprawy nie trafiają na stoły, tylko do baków, co może grozić wzrostem cen niektórych produktów żywnościowych. Według szacunków Banku Światowego, uznawanych przez wielu ekspertów za zbyt alarmistyczne, zajmowanie gruntów pod uprawy biopaliwowe, a co za tym idzie kurczenie się gruntów przeznaczanych pod uprawy żywności, stały się odpowiedzialne za trzy czwarte wzrostu cen żywności w ostatnich kilkunastu latach.
W Polsce takiego problemu raczej nie mamy – także ze względu na skalę – warto pamiętać, że 90 proc. światowej produkcji biopaliw to zasługa USA i Brazylii, stąd skoki cen kukurydzy i trzciny cukrowej. W naszym kraju produkcja biokomponentów oparta jest na rzepaku i jak twierdzą przedstawiciele branży, nie ma obecnie konkurencji między paliwem a żywnością. Wręcz przeciwnie, biopaliwowe wymogi doprowadziły do rozkwitu branży. Obecnie dwie trzecie przemysłu olejarskiego pracuje na rzecz sektora biopaliwowego i w żadnej mierze nie ogranicza to produkcji olejów spożywczych. – Przerabiając rzepak na olej, który trafia następnie do baków w postaci estrów metylowych, nie umniejszamy podaży surowców rolnych na cele spożywcze, a wręcz wspomagamy istotnie ten kierunek dzięki towarzyszącej tłoczeniu produkcji pasz, tj. śruty i makuchu. W 2015 r. członkowie PSPO wyprodukowali ponad 1,4 miliona ton tych cennych wysokobiałkowych wyrobów – podkreślał w jednej ze swoich wypowiedzi Arkadiusz Burczyński, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju.
Nie zmienia to faktu, że unijna dyrektywa wprowadza ograniczenia w tym względzie i trzeba się będzie do niej dostosować. Co zatem w zamian? Biopaliwa drugiej generacji. To określenie obejmuje węglowodory syntetyczne – biopaliwa produkowane, najogólniej rzecz biorąc, z odpadów (takich jak np.: słoma, drewno, niejadalne części roślin ). Do tej kategorii zalicza się też biogaz oraz proces upłynniania biomasy, w którym jest ona najpierw zgazowywana, a powstający tzw. gaz syntezowy następnie wykorzystuje się do produkcji paliwa.
Kurs na odpady
Kierunek na biopaliwa drugiej generacji jest obiecujący z kilku powodów – po pierwsze spalanie wysuszonej biomasy jest korzystniejsze dla środowiska niż spalanie paliw kopalnych. Rośliny nie tylko nie zawierają siarki czy metali ciężkich, tak powszechnych np. w węglu czy ropie. Ponadto węglowodory syntetyczne mają znacznie większą wartość energetyczną niż tradycyjne biopaliwa.
Jest jednak jeden haczyk – większość stosowanych obecnie technologii ma raczej charakter laboratoryjny, a nie przemysłowy. Wyniki badań są na tyle obiecujące, że można sobie wyobrazić w najbliższej przyszłości komercyjne zastosowanie tych technologii, gwarancji jednak – jak to w biznesie – wciąż nie ma – stąd unijne regulacje stanowią dla branży źródło niepewności.
W Polsce badania nad syntetycznymi węglowodorami prowadzi m.in. PKN Orlen, który pracuje nad technologiami zastosowania procesów termicznych przy wykorzystaniu surowca lignocelulozowego, czyli drewna i słomy. Koncern szuka wiedzy w tym zakresie również w wielu krajowych i zagranicznych ośrodkach naukowych – m.in. dołączył do projektu badawczo-rozwojowego prowadzonego przez austriackie centrum kompetencji Bioenergy 2020+, które zajmuje się kwestiami energetycznego wykorzystania biomasy. W ramach projektu zostanie sprawdzona możliwość przetwarzania wosków na instalacji w Unipetrolu, czeskiej spółce Orlenu.
Podobne badania prowadzą inni producenci.
Pojawia się jednak kolejne źródło niepewności – tym razem regulacyjne – nie wiadomo bowiem jeszcze, w jaki sposób implementowane zostaną do polskiego prawa unijne przepisy umożliwiające wykorzystanie jako surowca do procesów biomasy lignocelulozowej. Warto zauważyć, że zgodnie z regulacjami UE istnieje możliwość wykorzystania drewna odpadowego do produkcji biopaliw z możliwością podwójnego zaliczenia wyprodukowanego biopaliwa do celów wyznaczonych na 2020 r., tj. 10 proc. BIO w paliwach.
Krok w przyszłość
W bardziej odległej perspektywie widać nowe technologie. Najbardziej obiecująca wydaje się produkcja biopaliw z alg, które na pierwszy rzut oka są wręcz idealne do tego celu. Przede wszystkim nie są tak „gruntochłonne” jak surowce do produkcji biopaliw pierwszej i drugiej generacji. Według szacunków Departamentu Energii USA do pokrycia obecnego zapotrzebowania tego wielkiego i energochłonnego kraju na paliwa wystarczyłaby uprawa glonów na powierzchni 40 tys. km kwadratowych, czyli 0,42 proc. powierzchni USA.
Kolejny atut to – gorąca w ostatnich latach w Europie – kwestia emisji dwutlenku węgla. W przypadku alg mówimy nie o emisji, a o... pochłanianiu. Algi przetwarzają dwutlenek węgla na tlen. Doskonałym źródłem dwutlenku węgla może być np. działająca elektrownia konwencjonalna – po spaleniu paliwa dwutlenek węgla trafia do zbiornika z algami, służąc im do wzrostu. Mogą też rosnąć na zanieczyszczonej wodzie, w tym ściekach, które przy okazji oczyszczają.
Te atuty zamierza wykorzystać PKN Orlen, który do końca tego roku w swoim płockim kompleksie rafineryjno-petrochemicznym, przy jednej z instalacji wytwarzania wodoru wybuduje stację badawczą do hodowli glonów przeznaczonych na cele biopaliwowe. Do hodowli alg będą wykorzystywane wody poprodukcyjne oraz dwutlenek węgla pochodzący z wytwórni wodoru. Olej „wyciskany” z alg zostanie poddany m.in. procesom transestryfikacji i uwodornienia w celu potwierdzenia możliwości wytworzenia biokomponentów.
Zakończony został już etap badań laboratoryjnych. Zostały wyselekcjonowane odpowiednie szczepy glonów oraz okrzemek o dużym potencjale zaolejenia. Badania są prowadzone przy współpracy z dwoma polskimi instytutami – Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim oraz Uniwersytetem Szczecińskim.
Nowe wyzwania
Nad nowelizacją ustawy o biopaliwach, która będzie uwzględniać zapisy unijnej dyrektywy, pracuje obecnie Ministerstwo Energii, próbując pogodzić interesy producentów paliw i producentów biokomponentów. Niezależnie od tego, jaki kształt przybiorą nowe przepisy – a trzeba wspomnieć, że to właśnie one określą kierunki inwestycji w tej branży widać wyraźnie, że branża biopaliwowa stanęła przed nowymi wyzwaniami. Muszą rozstrzygnąć w swoich strategiach, jak wyważyć proporcje między dalszymi inwestycjami w sprawdzone technologicznie i kosztowo tradycyjne biopaliwa, a ile należy przeznaczyć na szukanie nowych rozwiązań technologicznych (co – jak każda innowacja – zwiększa biznesowe ryzyko) i próbować pozyskiwać biopaliwa z innych niż dotychczas surowców. Nie zapominając przy tym o opłacalności. Ponieważ wszystko wskazuje na to, że w unijnych, a co za tym idzie również w krajowych przepisach coraz większy nacisk będzie kładziony na promocję biopaliw zaawansowanych, trzeba już dziś pracować nad tymi technologiami i ich późniejszą komercjalizacją.
Już dziś zapisy dyrektywy ILUC są dla branży nieco na wyrost – musi ona wręcz wymyślić i dostosować technologie do nowego prawa. I w tej grze zwyciężą ci, którzy już podjęli ryzyko prac badawczo-rozwojowych, którzy nie boją się innowacji.
Są jednak powody do optymizmu. Od wejścia w życie ustawy o biopaliwach minęło ledwie 10 lat i w tym czasie powstała w naszym kraju prężna i nowoczesna branża. Polscy przedsiębiorcy zdołali dostosować się do wyśrubowanych niekiedy regulacji. Można więc mieć nadzieję, że równie sprawnie jak narodziny branży przebiegnie wymuszona przepisami jej transformacja.