Globalnie. Unikamy słowa „lokalnie”. Z naciskiem na monetyzację, jak najwyższy ROI i timing. Więcej, mocniej, szybciej. CEO, CMO czy CTO wiedzą przecież, jak podbić Zachód i zdobyć miliony. Społeczność w dawnej wytwórni wódek, dziś zatopiona już tylko w sieci, dzień w dzień wytrwale szuka więc swojej szansy na sukces
Reklama
Jest 8.54. Karolina skręca w boczną alejkę na terenie dawnego praskiego Konesera. Po przyłożeniu karty do czytnika wchodzi przez ukryte w starych murach drzwi. Ruch zacznie się dopiero około 10.30. Na Ząbkowskiej pojawi się wtedy tłum młodych ludzi z laptopami i tabletami pod pachą. Stali bywalcy od razu zajmą miejscówki w ogólnodostępnej kawiarni. Tutaj krzesła rozchodzą się jak miejsca w kolejce do państwowej przychodni zdrowia. A wbrew temu, co mówiono jesienią, kawa czy kanapki wcale nie są za darmo.
Zresztą legend, plotek i opowieści nie z tej ziemi wokół Ząbkowskiej 27/31 jest mnóstwo. Że „sekta”, „wylęgarnia następców Page’a i Brina”, „szkoła milionerów”, „prywatna uczelnia informatyczna” czy w końcu „akademik dla obcojęzycznych studentów”. I że w środku wszystko jest za darmo albo wręcz przeciwnie – za wszystko trzeba płacić. Te opowieści różnej treści, od miesięcy krążące po Polsce, ktoś jednego dnia potraktował chyba na tyle dosłownie, że obsługa kawiarni na paprociach ozdobnych wywiesiła w końcu kartonik: „Prosimy nie jeść roślinek”. Pozostałych zasad obowiązujących na terenie kampusu rozpisywać nie trzeba. Ekscesy praktycznie się nie zdarzają. Najpoważniejszym wybrykiem jest potrącenie kubka z kawą albo podniesienie głosu podczas ożywionej dyskusji przez internetowy komunikator. Nie ma brandingu ani na ścianach, ani na T-shirtach kampusowiczów. Tablice z kolorowymi zegarami odliczają czas w start-upach od Londynu aż po Sao Paulo. Za to łazienka przy recepcji, która stanowi bramę do kampusowego świata, wygląda serio jak w akademiku. Dla każdego coś dobrego. Od dezodorantu po środki higieniczne. Niektórzy żartują na forach, że do pełni kampusowego szczęścia brak tylko szlafroków i aparatu z prezerwatywami. Ale z tymi żartami na terenie kampusu lepiej ostrożnie. Za ten „kampus” dostanę zresztą bana, jak nie sprostowanie. Trzeba bowiem wiedzieć, że kampus to tajna nazwa. Pracownicy mają obowiązek używania wyłącznie nazwy oficjalnej, która brzmi Campus Warsaw. Zarówno w mowie, jak i piśmie. Samego wujka Google’a lepiej nie wymieniać. A już „kampus Google’a” to zło w najczystszej postaci, chociaż zarówno na forach, jak i wśród samych startupowców funkcjonują wszystkie możliwe skróty i zdrobnienia. W kawiarni jednak nazwy własne, podobnie jak oceny, lepiej zachować dla siebie. Tak samo jak głośniejsze dyskusje czy spotkania towarzyskie z gośćmi z zewnątrz. Lekko podniesiony głos to nie jest to, co startupowcy lubią najbardziej. Jeśli burza mózgów, to co najwyżej na evencie albo wieczorku zapoznawczym. Tak, są i takie. Organizowane cykliczne ułatwiają zapoznanie nowych członków społeczności. Poza tym wszechobecne keep calm. Keep calm and clean the bathroom! „Proszę trochę ciszej! Mam conference call” – syka na nas siedząca kilka metrów dalej dziewczyna. I co z tego, że już 11, a za chwilę w tej samej sali zaczną się zajęcia z jogi. Startupowcy nie odpuszczają aplikacjom nawet na pięć minut przed wejściem na matę. Joga to absolutna nowość na kampusie i hit ostatnich tygodni. Jedni schodzą z pięter na kawę, inni między jednym a drugim spotkaniem i szukaniem złotego środka na sukces postanawiają pomyśleć w pozycji siedzącego psa. Ktoś westchnie z zazdrością, ktoś inny wzruszy ramionami i burknie, że typowo amerykańskie korpo. Startupowiec za to utnie dyskusję, zapewniając, że i keep calm, i joga działają.
Tylu limuzyn Ząbkowska nie widziała
Kiedy jesienią ubiegłego roku gruchnęła wieść, że w Polsce, i to na lekko zapomnianej warszawskiej Pradze, otworzy się kampus firmowany przez amerykańskiego giganta, świat programistów oszalał. Młodzi gniewni siedzący od rana do nocy w aplikacjach internetowych odczytali to jako szansę. Bilet do nieba. Niepowtarzalną okazję na rozwój, karierę, a być może nawet zauważenie przez samego Google’a. To by dopiero było wielkie coś! Na listopadowym otwarciu, w fabrycznych wnętrzach na Ząbkowskiej odrestaurowanych za dużo, dużo i bardzo dużo pieniędzy zasiadła sława obok sławy. Od polityków przez znanych dziennikarzy aż po celebrytów. Błyskały flesze, pikały kolejno uruchamiane dyktafony. Był szał. Rafał Plutecki, szef kampusu (przepraszam, Campus Warsaw), podkreślał wówczas w rozmowach z dziennikarzami, że na Ząbkowskiej każdy znajdzie kąt dla siebie. Bez względu na pochodzenie, wiek. I czy potrzebuje biurka od czasu do czasu, stanowiska na 24 h, czy też „własnego” biura dla rosnącego w siłę teamu. Kusiła międzynarodowa społeczność, dzięki której świeżo upieczeni adepci świata start-upów mieli liczyć na kontakty, środki i możliwości niezbędne do sukcesu.
Matt Brittin, szef Google ds. biznesu na region EMEA, cytowany wtedy w komunikacie prasowym, zapewniał, że to przestrzeń dla absolutnie każdego, kto chciałby uwolnić swoje pomysły. Bez względu na doświadczenie i możliwości. – Otwarcie Campusu Warsaw jest kolejnym krokiem Google w kierunku wspierania Polski i regionu w tych obszarach. Campus będzie nową przestrzenią dla przedsiębiorców, dzięki której uzyskają wiedzę, nawiążą międzynarodowe kontakty i będą tworzyć firmy, które być może zmienią świat – podkreślał Matt Brittin, a przyklaskiwali mu obecni na otwarciu politycy najwyższych szczebli, chociaż dla niektórych wszystko to brzmiało za dobrze i za entuzjastycznie. Obok tych, którzy w imię kampusu gotowi byliby zaprzedać duszę diabłu, byli i tacy, którzy nie wróżyli inwestycji zbytniego sukcesu. Ba, zdarzały się w sieci i porównania kampusowej społeczności do swojego rodzaju sekty, której życie kręci się wyłącznie wokół czegoś, co tak naprawdę jeszcze nie istnieje (czytaj: start-up). No i że na Pradze, gdzie obcy nie są zbyt wylewnie witani, i w branży, która dla wielu wciąż wydaje się w Polsce swoistym science fiction.
Osiem miesięcy później, w upalne lipcowe dni na Ząbkowskiej limuzyn już nie ma. Co najwyżej kilkanaście dodatkowych samochodów, bo większość kampusowiczów dojeżdża rowerami lub metrem. Pobliska ulica Markowska wciąż senna i pozostawiona samej sobie. Vis-a-vis kampusu straszy kamienica przeznaczona do wyburzenia. Zabite deskami okna sąsiadują z azjatyckim barkiem. Kurz niesie się przez kilkanaście metrów, razem z zatęchłym, grzybowym powietrzem z budynku widmo. Słynny Bar Ząbkowski na końcu ulicy raczej też wzmożonego ruchu kampusowego nie odczuł. Docierają tam raczej początkujący startupowcy, którzy wpadają na pierogi czy pyzy przed zejściem do metra przy Dworcu Wileńskim. Sam kampus dla lokalesów to wciąż fabryka wódek i nie zmieni tego żaden wujek Google – jak mówi mi jeden z pobliskich mieszkańców. Przy wytwórni nadal niezmiennie ta sama kapliczka, o którą trzeba dbać, a niech tylko spróbują się do niej dobrać i „zamerykanizować”, to miejscowi dopiero im pokażą.
Królestwo liczone w kliknięciach
W środku duch dawnej fabryki żywy jak nigdy wcześniej. Zachowana, nieprzykryta gładziami i tapetami cegła, kute poręcze. Nie ma nowoczesnych powierzchni, rolet ani siermiężnych foteli na kółkach. Nie ma krzyczących haseł „wspólnotowych” ani googlowych barw ochronnych. I o dziwo wcale nie jest, jakby to powiedzieć, „światowo”. Na pierwszy rzut oka nie czuć nadęcia, lansu, chociaż wiadomo doskonale, po co wszyscy tu jesteśmy. Dla sukcesu. Do kawiarni teoretycznie wejść może każdy. W praktyce tylko posiadacz imiennej karty magnetycznej. Rejestracja społeczności jest bowiem obowiązkowa. Język polski góruje nad angielskim i hiszpańskim, chociaż trzeba przyznać, że kampusowe słownictwo nie jest dla wszystkich. Wszystkie te meetingi, MVP, unicorny, ROI, leanove lub nie leanove jednych stawiają do pionu, a na drugich działają niczym afrodyzjak. Tak, atmosferę podniecenia i lekkiej rywalizacji czuć między stolikami. Dla przesiadujących w kawiarni z laptopami, tabletami i smartfonami młodych ludzi to jak znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. I co z tego, że niektórym wystarczy zameldować się w mediach społecznościowych w kampusie. Temperatura wśród znajomych od razu rośnie. Bycie w Google Campus Warsaw (w mediach społecznościowych taka nazwa brzmi lepiej) jest modne i zwiastuje karierę. Bo przecież właśnie w takim miejscu można w końcu tworzyć, wymyślać, rozwijać się i nawiązywać kontakty. W takim miejscu musi się udać. Ktoś podejdzie, uśmiechnie się, poda wizytówkę i od razu świat stanie przed nami otworem. Zresztą co chwila ktoś podchodzi z uśmiechem, zagaduje, opowiada o tym, co robi, i dzieli się spostrzeżeniami. Dziwacy, sekta czy mili koledzy po fachu? Ktoś nieprzyjazny rzuci porównanie do marketingu sieciowego, ale na Ząbkowskiej wydaje się naprawdę sympatycznie. Przez chwilę sama mam ochotę rzucić wszystko i zostać jednym z nich. Tym bardziej że przy zachowaniu zasad ogólnoporządkowych mogłabym przychodzić do pracy z psem. A za kilka miesięcy może i zostałabym miliarderem. A że na razie jeszcze nic takiego dużego na Ząbkowskiej nie miało miejsca, nic nie szkodzi. Twórcom Skype’a czy Ubera też chwilę to zajęło.
Piętro drugie i trzecie to już królestwo TechHubu, społeczności startupowej wywodzącej się z Londynu, partnera kampusu. Tu raczej nie ma czasu na plotki, chociaż atmosfera jest domowa. Każde stanowisko pracy to mikroświat poszczególnego przedsiębiorcy. Specjalne podkładki, słuchawki i kamerki. Na 150 dostępnych stanowisk na obu piętrach zajętych jest już 100. Niektórzy rezerwowali miejsca jeszcze w listopadzie, kiedy kampus dopiero otwierał swoje podwoje. Jerzy Brodzikowski przyznaje, że jeszcze trochę miejsca w TechHubie na kampusie się znajdzie: – Rozwijamy się z naszymi start-upami. Mamy oddzielny budynek dla bardziej rozwiniętych start-upów w Londynie. Start-upy z Londynu, które startowały solo lub w małych zespołach w londyńskim Campusie, z czasem, zwiększając zatrudnienie oraz przychody, przenoszą się do oddzielnego budynku TechHub, który bardziej odpowiada ich potrzebom. Oczekujemy, że TechHub w Warszawie będzie rozwijał się podobnie – mówi Brodzikowski.
Część osób pracuje w trybie flex, czyli przebywa w królestwie maksymalnie 20 godzin w tygodniu (koszt 2000 zł rocznie), pozostali wolą status rezydenta. Rezydent za 750 zł miesięcznie otrzymuje dostęp do królestwa i swojego biurka 24 godziny na dobę. A czas w przypadku większości start-upów ma znaczenie.
Start-up bierze ze start-upa
Karolina, która pojawiła się w poniedziałkowy poranek na Ząbkowskiej jako jedna z pierwszych, jest współzałożycielką Mamibazar, serwisu przeznaczonego dla mam. Docelowo jej start-up ma być medium społecznościowym – miejscem wymiany ubrań, produktów dla dzieci, ale też dyskusji na tzw. wallu. Być może później będzie to również miejsce organizowanych spotkań, bo na razie zajmuje się głównie wymianą i sprzedażą ubrań dla mam i dzieci.
Jak afrodyzjak na „zielonych” startupowców działają te, które odniosły jakikolwiek sukces. Co z tego, że trafiają się jak jeden na milion i do ich stworzenia trzeba wiedzy, studiów i żyłki biznesowej? Takim afrodyzjakiem, którym kampus bardzo się chwali, jest chociażby WealthArc, platforma, która ma za zadanie wspierać firmy inwestycyjne w zarządzaniu portfelami. WealthArc jest rzeczywiście ewenementem, ponieważ korzystają z niego m.in. szwajcarskie banki. Ale narodził się na długo przed kampusem. Jeszcze podczas studiów. – Kolega, który jest głównym pomysłodawcą, wyjechał jednak do Szwajcarii, ja z kolei do Londynu. I tak między jednym krajem a drugim doszliśmy do wniosku, że możemy robić to fajniej i wykorzystując nowoczesną technologię – wspomina Radomir z WealthArc. – Od półtora roku pozyskaliśmy inwestorów, rośniemy w siłę, mamy finansowanie na kolejny rok, zatrudniamy kolejne osoby.
Kampus chwali się też aplikacją Lettly, umożliwiającą sprzedaż na Instagramie, której twórcy mają apetyt na międzynarodowy sukces. Jakub i Zuza, współtwórcy Lettly, postanowili zmonetyzować Instagram. Zajmują się m.in. wyszukiwaniem influencerów danych marek, m.in. blogerek kulinarnych. Średnio raz w miesiącu twórcy Lettly zatrudniają kolejnego pracownika, a to już można nazwać sukcesem. Na sukces liczy też Robert Mucha, twórca Polskiej Platformy Kredytowej, w której przedsiębiorcy mają udzielać pożyczek przedsiębiorcom. – Cenimy sobie wymianę doświadczeń. Tutaj odbywa się to w niewymuszony sposób, naturalnie. Można porozmawiać podczas śniadania czy na wewnętrznym czacie, do którego mamy dostęp – Slacku – mówi Mucha. Służący do wewnętrznej komunikacji Slack oczywiście też był start-upem. Dzisiaj ma niemal milion użytkowników na całym świecie.
A po pracy pogrzeb
Wszędzie tam, gdzie pojawiają się obcy kapitał i dużo, dużo „wirtualnych pieniędzy”, tam też dochodzą hejty i zarzuty. Także pod adresem kampusu, chociaż wszyscy „odważni” wolą wypowiadać się anonimowo, żeby nie narazić się „wujkowi samo dobro”. Nieoficjalnie słychać jednak domysły, że żeruje na młodych talentach, że co lepsze pomysły natychmiast są wychwytywane i skrywane pod skrzydła Google’a, a młodzi programiści łykają to jak pelikany. Prawdą jest, że ponad połowa kampusowiczów to młodzi, czasem nawet bardzo młodzi ludzie. Zafascynowani polityką Google’a, marzący o odniesieniu sukcesu na miarę bohaterów z filmu „Stażyści” z Vince’em Vaughnem i Owenem Wilsonem z 2013 r. Przecież szefowie Google’a też zaczęli w młodym wieku, a ich firma powstała w garażu. Tylko czy rzeczywiście wujek Google próbuje spłacić swój dług wobec młodych adeptów sztuki startupowej, czy może idzie za tym coś więcej? „Czy obowiązują jakieś składki, abonament, czy może trzeba być wprowadzonym przez kogoś z wewnątrz?”. Takich pytań i więcej na różnego rodzaju forach pada wiele.
Piotr Zalewski z Google Polska podkreśla jednak, że Campus Warsaw jest otwarty na wszystkich, nie czerpie z tego żadnych zysków, a jego działalność jest wyłącznie działalnością non profit. Nie obowiązuje wpisowe ani żaden inny wkład własny, jaki musi wnieść przyszły członek kampusowej społeczności. – Wystarczy zarejestrować się na stronie Campus Warsaw. Każdego dnia organizowane są wydarzenia o bardzo szerokim zakresie tematów, zarówno przez gości kampusu, mentorów, jak i samych członków. Każdy z takich eventów jest bezpłatny – zapewnia Zalewski. – Warto też zaznaczyć, że nie mamy żadnej kontroli nad tym, co robią start-upy korzystające z edukacji, kontaktów i inspiracji, jakie zapewnia im Campus. Jedynym wymogiem jest bycie członkiem społeczności.
Na Ząbkowskiej liczą się bowiem pomysł i umiejętności menedżerskie. – Piękno dzisiejszych czasów polega na tym, że kapitał nie jest kluczowy w budowaniu biznesu – podkreśla Rafał Plutecki. – Dobry pomysł i zespół dobrych menedżerów wystarczą. Jest dużo funduszów inwestycyjnych i możliwości zdobycia kapitałów. Kilka działających na Campusie start-upów pozyskało już spory kapitał.
Plutecki wie, co mówi, i dla wielu jest niczym startupowy guru. Z branżą związany od ponad 20 lat. Przyznaje, że sam przechodził przez wszystkie etapy tworzenia firmy, dlatego dobrze wie, na co należy zwracać uwagę, zaczynając swoje startupowanie. Z perspektywy czasu Plutecki nie zgadza się jednak ze stwierdzeniem, że start-up jest łatwiejszy do prowadzenia niż tradycyjna firma. – Wbrew pozorom start-up jest trudniejszy do uruchomienia, wymagana jest specjalistyczna wiedza, zrozumienie różnych kultur, specyficznego języka. Poza tym ryzyko porażki jest spore, ponieważ takich samych pomysłów jednocześnie na świecie może być tysiąc. Dlatego liczy się szybkość zbudowania marki i pozyskania klientów. Tylko takie start-upy mają szanse na sukces – podkreśla Plutecki.
Ryzyko porażki jest na tyle duże, że jednym z kampusowych wydarzeń są pogrzeby start-upów. W Polsce do tej pory pogrzeb był jeden, za to potrójny, i miał miejsce w czerwcu podczas I edycji Startup Funeral. Pożegnano wówczas start-up, który miał być konkurencją dla Twittera, ale mu nie wyszło. Podobnie jak start-upowi powstałemu z myślą o psiarzach czy inteligentnym domu. Jak dużo start-upów nie ma szans na sukces, pokaże poniekąd dopiero wrześniowy raport polskiej sceny startupowej organizowany przez Startup Poland. Emocje są duże, m.in. w związku z działalnością kampusu. Podczas ubiegłorocznych badań wyszło na jaw, że tylko niewielka część polskich start-upów w jakimkolwiek stopniu współpracuje ze światem nauki. Do myślenia dały również źródła finansowania. Aż w 60 proc. przypadków startupowcy sięgnęli po własne oszczędności, zamiast korzystać chociażby z funduszy europejskich. Co gorsza, prawie połowa start-upów zapewniała, że ich rozwiązanie to absolutna nowość w skali globalnej, a co czwarty przyznał, że jego produkt to imitacja. Według Pluteckiego jedną z przyczyn jest brak tzw. globalnego skalowania. – Owszem, zdarzają się bardzo dobre polskie start-upy nastawione wyłącznie na krajowy rynek. Ale bardzo często okazuje się, że ta technologia może z powodzeniem obsługiwać cały świat – mówi Plutecki. – To jest też na razie największą bolączką warszawskiego Campusu. Polski ekosystem jest zbyt polski, zaledwie 10 proc. naszych startupowców to obcokrajowcy. Powinniśmy mieć zdecydowanie więcej wydarzeń międzynarodowych, nasze start-upy powinny też wyjeżdżać za granicę, żeby nawiązywać kontakty. Średnio społeczności startupowe buduje się siedem lat, tyle zajmuje budowanie firmy, rozbudowa i ewentualna sprzedaż. My jesteśmy dopiero po pierwszym półroczu, czyli w zasadzie na początku drogi.
Ile przez kolejne 6,5 roku na Ząbkowskiej odbędzie się pogrzebów, jeden wujek Google wie. A może jednak uda się przytrzeć nosa niedowiarkom i powitać na świecie start-up, który rozsławi Polskę niczym Skype Estonię. To by naprawdę było wielkie ROI.