TTIP ma objąć kwestie wzajemnego dostępu do rynków zamówień publicznych państw UE oraz Stanów Zjednoczonych. Celem umowy jest uproszczenie i zwiększenie przejrzystości procedur, rozszerzony wzajemny dostęp do rynku zamówień publicznych na poziomie krajowym, regionalnym i lokalnym, z uwzględnieniem działalności przedsiębiorstw lokalnych, lecz z zapewnieniem o równym traktowaniu wszystkich dostawców usług. Zmierza się też do likwidacji barier wynikających z wymogów lokalnego pochodzenia. Krytycy twierdzą, że usługi publiczne powinny być wyłączone w tekście umowy, by globalne koncerny nie mogły wymusić korzystnych dla siebie rozwiązań. Dostawy wody czy ochrona zdrowia mogą być przedmiotem zainteresowania firm z USA. Jeśli zażądają takiego samego traktowania jak podmiotów krajowych, mogą przejąć część sektora zamówień publicznych.
ikona lupy />
Marcin Wojtalik Instytut Globalnej Odpowiedzialności / Dziennik Gazeta Prawna
KOMENTARZ
Dostęp do zamówień publicznych przedstawiany jest jako jeden z priorytetów UE, który może umożliwić firmom europejskim lukratywne kontrakty w Stanach Zjednoczonych. O ile takie nadzieje mogą być częściowo uzasadnione w odniesieniu do najprężniejszych firm z Europy Zachodniej, zachodzi zasadnicza wątpliwość, czy na ewentualne kontrakty w USA mogłyby liczyć firmy polskie.
Propozycje liberalizacyjne Komisji Europejskiej w niektórych przypadkach idą znacznie dalej niż propozycje strony amerykańskiej. Na przykład w punkcie 5 „Conduct of Procurement” Unia gotowa jest na liberalizację szerszą niż USA, proponując uwzględnienie dodatkowego punktu, który ma wykluczyć „praktyki niepotrzebnie ograniczające konkurencję” [punkt (d) „avoids practices that unnecassarily restrict competition”]. Innymi słowy UE proponuje uwzględnienie w TTIP zapisu, który zobowiąże instytucje prowadzące zamówienia publiczne, aby unikały „praktyk niepotrzebnie ograniczających konkurencję”. Nie znam intencji negocjatorów, ale takim „niepotrzebnym ograniczaniem konkurencji” może się okazać np. preferencja urzędów dla lokalnych dostawców w celu wspierania ich. Niektóre propozycje negocjatorów UE ewidentnie dążą do „odlokalnienia” zamówień publicznych, tj. zlikwidowania jakichkolwiek preferencji dla tradycyjnych, znanych na lokalnym rynku dostawców zamówień publicznych. Na przykład w paragrafie Article X.7: Conditions for Participation (strona 13, punkt 3) UE chce, żeby po wejściu TTIP w życie zabronione było wymaganie od firm starających się o zamówienie publiczne doświadczenia na lokalnym rynku.
W praktyce oznacza to, że urzędy nie będą mogły wymagać od dostawców, aby znali potrzeby mieszkańców konkretnego rynku z własnych doświadczeń. Panującą zasadą ma być niczym nieograniczona konkurencja, bez względu na lokalną specyfikę. Co więcej, urzędy nie będą mogły dawać żadnych preferencji firmom mającym doświadczenie w konkretnym kraju czy regionie. Efektem zapewne będzie dalszy prymat ceny (jak najniższej) i umiejętnego marketingu.
WSZYSTKIE TEKSTY ZE SPECJALNEGO DODATKU NA TEMAT TTIP==>
Daleko idąca liberalizacja zamówień publicznych i pierwszeństwo konkurencji przejawia się w wielu fragmentach tekstu. Na przykład negocjatorzy obu stron zgodzili się już, że przyznają sobie nawzajem prawo do dociekania okoliczności wydanych decyzji w poszczególnych przetargach. W artykule X.16: Disclosure of Information (str. 27) zobowiązują się odpowiadać na pytania drugiej strony, jakie przewagi miała zwycięska oferta. Można przypuszczać, że z procedury tej korzystać będą wielkie korporacje po obu stronach Atlantyku, na tyle silne, by zmusić w USA rząd federalny, a w UE Komisję Europejską do interwencji u drugiej strony w przypadku niesprawiedliwego – ich zdaniem – werdyktu. Wydaje się mało prawdopodobne, aby z procedury z tej mogła skorzystać np. mała firma z Polski, która starała się o kontrakt w USA i go nie wygrała. W praktyce może nie mieć wystarczającej siły, by skłonić Komisję Europejską do interwencji. Takich ograniczeń raczej nie będą miały wielkie międzynarodowe korporacje.
W ujawnionym tekście pojawiają się też oczywiste różnice interesów pomiędzy krajami Unii Europejskiej a Stanami Zjednoczonymi. Na przykład negocjujące strony proponują nałożenie dodatkowych obowiązków na urzędy prowadzące zamówienia publiczne, jednak USA wymagają, aby ogłoszenia o przetargach ukazywały się obowiązkowo w języku angielskim. UE takiego obowiązku nie przewiduje. Jeśli propozycja Ameryki Północnej zostanie przyjęta, zapis w paragrafie Article X.6: Notices – Notice of Intended Procurement (str. 10–11) będzie zobowiązywał polskie urzędy do publikacji ogłoszeń o zamówieniach publicznych dodatkowo w języku angielskim. Pociągnie to za sobą dodatkowe koszty dla polskich urzędów i spowolnienie procedury przeprowadzenia zamówienia publicznego (tekst ogłoszenia musi być przygotowany w starannym języku prawniczym, aby uniknąć ewentualnych sporów z oferentami i groźby np. unieważnienia całego postępowania). Podobne różnice zdań dotyczące języka informacji o zamówieniach publicznych znajdują się również w punkcie Notice of Planned Procurement na str. 12 oraz w punkcie Multi-use Lists na str. 15 i w punkcie Publication of Award Information na str. 26.
Tak rozumiana liberalizacja rynku zamówień publicznych nie przyniesie korzyści firmom w Polsce.