Przyspieszona derusyfikacja unijnego miksu energetycznego zakończyła się powodzeniem, ale ostatnie miesiące przynoszą w niektórych krajach odwrócenie tego trendu.

Przeciętna cena megawatogodziny gazu w hubie TTF w Rotterdamie w styczniu tylko nieznacznie przekroczyła 30 euro, a w ostatnim tygodniu ustabilizowała się poniżej pułapu 25 euro. To kolejne już potwierdzenie, że sytuacja na europejskim rynku gazu wraca do normalności sprzed kryzysu. Według Banku Światowego w II kw. 2021 r., tuż przed tym, kiedy Gazprom zaczął ograniczać dostawy do minimum przewidzianego kontraktami, rozpoczynając okres przyspieszonego wzrostu cen gazu na rynkach europejskich, średnie notowania w TTF wynosiły niecałe 28 euro.

To przynajmniej po części świadectwo sukcesu wysiłków zmierzających do wyzwolenia się UE z rosyjskiego uścisku, które zaplanowano m.in. w ramach strategii REPowerEU. Udział Rosji w dostawach gazu do UE w ciągu ostatnich dwóch lat zmniejszył się trzykrotnie. Na ten wynik złożyły się działania Rosji, która jednostronnie wstrzymała przesył biegnącą przez Polskę do Niemiec nitką rurociągu jamalskiego oraz Nord Streamem, oraz dywersyfikacja dostaw, w której szczególną rolę odegrał gaz skroplony (LNG) oraz oszczędzanie gazu, m.in. dzięki zastępowaniu błękitnego paliwa alternatywnymi źródłami energii.

Najsłabsze ogniwo UE

Rosyjski gaz nadal płynie jednak do Europy na trzy sposoby: Turk Streamem – przez Turcję i Bułgarię, jako LNG drogą morską oraz szlakiem ukraińskim (wykorzystanie tej ostatniej drogi może jednak zakończyć się w tym roku, wraz z wygaśnięciem umowy tranzytowej). I, jak się okazuje, nawet te ograniczone możliwości wystarczają, by odbijać przyczółki na niektórych rynkach UE.

Część krajów, które na kilka miesięcy przed rosyjską inwazją sprowadzały zdecydowaną większość gazu z Rosji, zdołały obniżyć jej rolę w dostawach do zera – to m.in. przypadek Polski i krajów bałtyckich: Litwy, Łotwy, Estonii czy Finlandii. Dla innych okazało się to trudniejsze. Kraje naszego południowego sąsiedztwa, na czele ze Słowacją, od początku były wskazywane jako najsłabsze ogniwo UE. Niekorzystne uwarunkowania infrastrukturalne i uwikłanie w wieloletnie kontrakty z Rosjanami łączyły się tam ze stosunkowo wysokim udziałem gazu w miksie energetycznym. Niektóre, np. Węgry, wolały dodatkowo utrzymać korzyści związane uprzywilejowanymi relacjami z Gazpromem.

Niektóre kraje, które nie podjęły wcześniej poważniejszych wysiłków derusyfikacyjnych, zaczynają jednak dostrzegać problem. Ograniczenie zależności zapowiedział ostatnio Wiedeń – po tym, jak w grudniu udział surowca z Rosji w austriackich dostawach sięgnął 98 proc. Ministerstwo energii tego kraju akcentuje, że ogólny poziom importu gazu się obniża, więc również wolumeny sprowadzane z Rosji są dziś niższe niż przed inwazją na Ukrainę. Ale jeśli wziąć pod uwagę, że – według Komisji Europejskiej – średni udział rosyjskiego gazu w imporcie w zeszłym roku wynosił nieco ponad 58 proc., regres jest ewidentny.

W praktyce Austria zrobiła wiele, żeby utrzymać współpracę z Gazpromem – włącznie z wdrożeniem systemu płatności za gaz zgodnego z wymogami wprowadzonymi dekretem Putina o płatnościach rublowych. I dopiero teraz, według zapowiedzi szefowej resortu energii Leonore Gewessler (Zieloni), ma szukać sposobu, by zrezygnować z kontraktów. – Dywersyfikacja naszych dostaw gazu postępuje zdecydowanie zbyt wolno – przyznała w zeszłym tygodniu. Polityczka zleciła wykonanie analiz ekonomicznych i prawnych dotyczących zależności od rosyjskiego gazu. Według niej Austria powinna pożegnać się z nim do 2028 r. Chce też zobowiązać spółki energetyczne do ujawniania swoich źródeł dostaw i ograniczania udziału Rosji w zakupach. O potrzebie uruchomienia strategii derusyfikacyjnej – także w kontekście możliwości wstrzymania tranzytu przez Ukrainę, który jest obecnie głównym szlakiem dostaw do Austrii – mówi też m.in. były prezes OMV Gerhard Roiss.

Ale te deklaracje raczej nie mają za sobą politycznego konsensusu. Według doniesień austriackich mediów kontrakt z Gazpromem jest oparty na zasadzie „take or pay”, która nie zachęca do ograniczania odbieranych wolumenów gazu. Konserwatywny kanclerz Karl Nehammer mówił w zeszłym roku wprost, że realizacja obowiązującej do 2040 r. umowy koncernu paliwowego OMV z Gazpromem „tak długo, jak to możliwe” leży w interesie austriackich podatników. A zmiana kluczowej ustawy gazowej wymagałaby większości dwóch trzecich w parlamencie, tym trudniejszej do wyobrażenia w kontekście zbliżających się wyborów (Austriacy wybiorą nowe władze jesienią).

Gra o Południe

Tymczasem powrót Rosjan na dominującą pozycję na rynku widać także w Czechach, które jeszcze niedawno prezentowały się jako przykład skutecznego uniezależnienia się od Gazpromu w trudnych warunkach. Według danych brukselskiego think tanku ekonomicznego Bruegel między styczniem a lipcem ub.r. jedynie 4 proc. dostaw gazu do tego kraju stanowiło rosyjskie LNG – resztę udawało się sprowadzić z alternatywnych źródeł, na czele z Norwegią. Po tym jak wznowiono przesył przez połączenie ze Słowacją, udział rosyjskiego gazu w czeskim imporcie zaczął raptownie rosnąć, sięgając, jak wynika z danych urzędu statystycznego, ok. 60 proc. u progu 2024 r. Czeski resort przemysłu i handlu zapewnia jednak, że nie oznacza to powrotu do dawnej zależności. Zasugerowano, że gaz napływający ze wschodu może być kupowany od podmiotów słowackich lub z ukraińskich magazynów. Zdaniem Jiříego Poura, ekonomisty z banku Unicredit, jest jednak wątpliwe, by tego typu przepływy uzasadniały tak daleko idące zmiany w danych statystycznych.

W Słowacji, która według danych Eurostatu pozyskiwała z Rosji mniej niż 40 proc. importowanego gazu w 2022 r., w pierwszych miesiącach roku 2023 udział tego kierunku w dostawach sięgnął niemal 90 proc. Na powrót rośnie również znaczenie Rosji dla gazowego bilansu Bułgarii – jednego z krajów, które Gazprom jako pierwsze odciął od dostaw w związku z odmową realizowania płatności za surowiec w rublach. Na początku zeszłego roku Sofia podpisała porozumienie z Turcją, umożliwiające sprowadzanie z tego kierunku ok. 1,5 mld m sześc. gazu przez terminale LNG, które zdaniem części komentatorów może być wykorzystywane do wprowadzania na europejski rynek dodatkowych wolumenów rosyjskiego gazu. Bułgarskie władze postanowiły również wykorzystać pozycję kraju tranzytowego dla gazu tłoczonego przez Turk Stream i od listopada uruchomiły specjalną opłatę – na poziomie ok. 10 euro za megawatogodzinę – za gaz, który trafia m.in. na Węgry i do Serbii. ©℗

Udział rosyjskiego gazu w dostawach do UE-27 / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe