Historia się powtarza, Ukraińcy w polskiej gospodarce wypełniają tę samą lukę co my 30 lat temu w Niemczech.
Joanna Polanska przez 12 lat sprzątała w niemieckich domach. Wyjechała zaraz po maturze, na fali zastanawiania się, co może robić po szkole. Choć jej nazwisko jest wymyślone („po Polańskim, reżyserze, żeby kojarzyło się z Polską”), a ona sama nigdy nie pokazała twarzy, przez kilka tygodni była jedną z naszych najsłynniejszych rodaczek nad Renem. W książce „Sprzątałam pod niemieckimi łóżkami” opisała to, co spotkało ją, kiedy zatrudniali ją nasi zachodni sąsiedzi. Lista żalów była długa: obrzydliwe rzeczy zostawiane pod łóżkiem, obsesje na punkcie przedmiotów, testowanie uczciwości czy pracodawcy, którzy wymagali od niej usług także erotycznych. A to dopiero początek.
Burza, jaką wywołała książka, sprawiła Polakom wiele satysfakcji – widać ją było w internetowych komentarzach. Radość trwała jednak do czasu, kiedy w dyskusji nie zaczęły się pojawiać zupełnie nieoczekiwane głosy. O tym, co znajdują pod polskimi łóżkami, zaczęły wypowiadać się Ukrainki. Dziś to one przyjeżdżają do nas sprzątać i opiekować się dziećmi. Według oficjalnych szacunków Ukraińców w Polsce jest ok. 700 tys. Nieoficjalnie – nawet ponad milion.