Rosja do końca przekonywała Brukselę do odroczenia umowy z Ukrainą.
Reklama
1 stycznia 2016 r. wchodzi w życie umowa o pogłębionej i poszerzonej strefie wolnego handlu (DCFTA) między Ukrainą i Unią Europejską. Z jednej strony to sukces Kijowa, ponieważ właśnie rezygnacja z jej zawarcia przez ekipę Wiktora Janukowycza wywołała bunt, który ostatecznie doprowadził do upadku prezydenta. Z drugiej wdrożenie DCFTA rodzi nowe zagrożenia, związane nie tylko z trudnościami w dostosowaniu się ukraińskiego rynku do nowych warunków, ale i groźbą wojny handlowej z Rosją.
– Mieliśmy podobne doświadczenia z naszą umową stowarzyszeniową na początku lat 90. Długofalowo obie strony będą odnosić korzyści, natomiast okres jednego do trzech lat będzie najtrudniejszy – mówił 2 grudnia na posiedzeniu sejmowej komisji spraw zagranicznych ówczesny wiceszef dyplomacji Konrad Pawlik. Bruksela już w 2014 r. przyznała jednostronne preferencje ukraińskiemu eksportowi, znosząc cła dla 95 proc. produktów przemysłowych i 83 proc. rolno-spożywczych. Mimo to, ze względu na recesję, eksport do państw UE w I kw. 2015 r. był o 18,6 proc. niższy niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Dla porównania jednak, w przypadku eksportu do państw WNP, wskaźnik ten zmalał aż o 48,3 proc.
Teraz to Kijów, choć w nieco mniejszej skali, będzie musiał się otworzyć na produkty z Zachodu. Bezpośredni koszt to pozbawienie ukraińskiego budżetu dochodów z ceł na towary z UE. Bruksela szacowała go wstępnie na 5 proc. całkowitych wpływów do budżetu. Z drugiej strony ukraińscy eksporterzy dzięki otwarciu rynków zachodnich zaoszczędzą rocznie – jak podaje Komisja Europejska – 487 mln euro. Nie da się zarazem uniknąć trudnych do oszacowania kosztów związanych z nieprzyzwyczajeniem ukraińskich producentów do otwartej konkurencji z produkcją z Zachodu (to zagrożenie zmalało w następstwie silnej deprecjacji hrywny po 2013 r.) oraz koniecznością dostosowania się w ciągu siedmiu lat do europejskich standardów i norm.
– Toczy się bardzo aktywny dialog pomiędzy dyrektoriatem a stosownymi resortami ukraińskimi na temat tego, w jaki sposób zmniejszyć ewentualne koszty dla gospodarki ukraińskiej wynikające z wdrożenia umowy o wolnym handlu – mówił wiceminister Pawlik. Równolegle zaś aktywny dialog toczył się w trójkącie Unia–Ukraina–Rosja. Moskwa mnożyła własne zastrzeżenia do umowy, oficjalnie obawiając się m.in. skutków wdrożenia unijnych standardów dla jej własnych przedsiębiorstw handlujących z Ukrainą.
Już raz, we wrześniu 2014 r., Bruksela odsunęła tymczasowe wejście w życie umowy o ponad rok, właśnie do 1 stycznia 2016 r. Wynikało to nie tylko z nacisków Moskwy, ale i obaw samej Ukrainy, czy w warunkach najgorszego kryzysu gospodarczego ostatnich lat Kijów jest gotów do tak rewolucyjnej zmiany w swoich relacjach handlowych z UE. Na 2016 r. statystycy znad Dniepru zapowiadają jednak koniec recesji, a same rosyjskie uwagi, co do których politycznego podłoża nikt w Brukseli nie miał wątpliwości, nie były w stanie skłonić UE do kolejnego odroczenia DCFTA. Zwłaszcza że wśród żądań Moskwy pojawiało się np. niemożliwe z punktu widzenia europejskiego prawa oczekiwanie, by UE stała się stroną umowy o wolnym handlu podpisanej w 2011 r. w ramach Wspólnoty Niepodległych Państw.
Także ostatnie z 13 trójstronnych spotkań na szczeblu ministerialnym, do którego doszło 25 grudnia, zakończyło się fiaskiem. – Do postanowień DCFTA nie mogą być wniesione żadne zmiany ani pośrednio, ani bezpośrednio – mówiła unijna komisarz handlu Cecilia Malmström, nie ukrywając rozczarowania wcześniejszą o dziewięć dni decyzją Rosji, która zerwała w stosunku do Ukrainy postanowienia rzeczonej umowy o wolnym handlu w ramach WNP. – Ten krok przeczy mandatowi, duchowi i celowi naszych rozmów – komentowała Malmström. Jak czytamy w dekrecie prezydenta Władimira Putina, przyczyną wprowadzenia restrykcji były „wyjątkowe okoliczności naruszające interesy i bezpieczeństwo gospodarcze Rosji”.
Choć do decyzji Putina nie przyłączyli się nawet najbliżsi sojusznicy Kremla, czyli Białoruś i Kazachstan, Ukraina musi się liczyć ze stratami. Rząd w Kijowie szacuje je na 600 mln dol. rocznie, z kolei bardziej optymistyczne szacunki kijowskiego Instytutu Badań Ekonomicznych i Konsultacji Politycznych mówią o 360 mln dol., czyli równowartości 0,1 proc. PKB z 2014 r. albo 2,8 proc. całkowitego eksportu towarów rolno-spożywczych w 2014 r. Regionalnie jednak problemy mogą być znaczne. W przypadku trzech obwodów – charkowskiego, sumskiego i kontrolowanej części ługańskiego – kierunek rosyjski odpowiada za 50 proc. eksportu.
Po 1 stycznia Ukraina znajdzie się pod presją Rosji z jeszcze jednej przyczyny. Do końca roku zgodnie z umowami mińskimi Kijów miał przyjąć ustawy gwarantujące specjalny status pewnym obszarom Zagłębia Donieckiego. Gotowy projekt regulacji był już procedowany w ukraińskim parlamencie, ale nie został poddany pod decydujące o jego losie głosowanie ze względu na problem z uzyskaniem wymaganej na tym etapie procesu legislacyjnego większości kwalifikowanej. Nieprzyznanie statusu da Moskwie pretekst do oskarżenia Ukrainy o łamanie porozumień mińskich.
Istnieje jeszcze jedno zagrożenie dla integracji z UE, choć brukselscy urzędnicy na razie je bagatelizują. 6 kwietnia w Holandii odbędzie się referendum w sprawie DCFTA dla Ukrainy. Choć wynik głosowania nie będzie dla władz wiążący, DCFTA i tak wchodzi w życie tymczasowo 1 stycznia, przyczyny rozpisania plebiscytu mają charakter wewnętrzny, a król Holandii złożył już podpis pod ratyfikacją umowy. Kijów boi się, że negatywny wynik sprowokuje prorosyjskie siły wewnątrz UE do próby jej podważenia. DCFTA z Ukrainą została ratyfikowana przez wszystkie państwa UE, przy czym Belgia, Cypr, Grecja i Holandia nie notyfikowały jeszcze Brukseli własnych ratyfikacji.