■ Przed jakimi poważnymi wyzwaniami, związanymi z bezpieczeństwem w internecie, stoimy? Jaką rolę powinno odgrywać państwo, a jaką biznes?

- Jednym z największych wyzwań jest wskazanie odpowiedzialnego za publikowaną treść. Dziś media to ludzie. Każdy z nas jest zarówno odbiorcą jak i nadawcą informacji. Istnieje pokusa, by wprowadzić ograniczenia dotyczące anonimowości procesu komunikacji. Nie ma jednak prostej odpowiedzi na pytanie, czy istnieje prawo do anonimowej komunikacji. Odpowiedź twierdząca zderzy się z pytaniem o odpowiedzialność za słowo. Prawo do pozyskiwania i rozpowszechniania informacji nie jest natomiast nieograniczone. A do katalogu praw człowieka należy też prawo do skutecznego środka ochrony praw. Jeśli ktoś będzie anonimowo ingerował w sferę praw drugiego człowieka, a jednocześnie odpowiedzialność dostawcy usług będzie wyłączona, może się okazać, iż instytucje ochrony praw jednostki są niewystarczające. Ale wcale się nie dziwię, że dostawcy usług nie chcą przyjmować na siebie odpowiedzialności za informacje publikowane przez użytkowników w ramach ich infrastruktury.

■ Czy pana zdaniem jest szansa na znalezienie złotego środka, który pozwoli na pogodzenie prawa do rozpowszechniania informacji zeskuteczną ochroną praw, czy czeka nas chaos?

- Wprowadza się wiele nowych rozwiązań. Jednym z nich jest tzw. retencja danych telekomunikacyjnych. Chodzi o to, by przedsiębiorcy telekomunikacyjni gromadzili określone dane dotyczące aktywności użytkowników (dziś robi się to przez dwa lata). Ale pojawią się pokusy, by ten okres wydłużyć. Choćby na potrzeby organów ścigania, które z powodu przewlekłości postępowań sądowych sięgają do nich po długim czasie. Zamiast jednak wydłużać okres gromadzenia danych, należy zwiększyć sprawność organów ścigania.

■ Jak, według pana, w nowej rzeczywistości odnajduje się państwo? Jak chroni nasze dane, gdy korzystamy z serwisów administracji publicznej? Jakie są największe stojące przed nim wyzwania?

- Państwo powinno lepiej zadbać o swoją infrastrukturę informacyjną. Mamy problem ze standaryzacją informacji oraz ze standaryzacją technicznych metod udostępniania informacji obywatelom. Każdy obywatel powinien mieć taki sam dostęp do informacji. Dlaczego więc niektóre urzędy publikują informacje w formatach, których odczytanie wymaga kupna licencji na oprogramowanie konkretnego producenta, choć są rozwiązania, które nie faworyzują żadnego z graczy na rynku? Państwo w wielu przypadkach uzależnia się od konkretnych dostawców i stało się graczem wpływającym na pozycje rynkowe firm. Dlaczego na nowej witrynie Biuletynu Informacji Publicznej umieszczono wklejkę z mapami Google? Dlaczego ktoś za pieniądze podatnika ma wprowadzać dane na temat lokalizacji urzędów do baz danych jednego z rynkowych graczy? To nieuczciwe w stosunku do innych firm. Dlaczego w stronę Sejmu RP wklejono kawałek kodu firmy Gemius? Wiedza na temat oglądalności konkretnych witryn ma dla firm badawczych sporą wartość. Jako obywatel nie życzę sobie, aby fakt odwiedzenia przeze mnie strony głównej BIP był odnotowywany w bazach danych komercyjnie działających firm. Nawet niektóre witryny sądów rejonowych w Polsce stanowią nośniki farm linków, które służą do pozycjonowania w wynikach wyszukiwania. Pod niektórymi adresami sądów reklamowane są w ten sposób hostessy, hotele, przedsiębiorstwa handlujące nieruchomościami. W wielu przypadkach administracja publiczna nie ma świadomości swoich zasobów informacyjnych i sposobu, w jaki są one wykorzystywane przez innych.

Na to nakłada się problem wycieku danych publicznych i prywatnych. Warto zadać sobie pytanie: kto kontroluje tych, którzy kontrolują nas. Dlatego między innymi jestem przeciwnikiem głosowania przez internet w wyborach powszechnych. Takie głosowanie to nie to samo, co bankowość elektroniczna. Jak oszacować bowiem ryzyko oszustw w systemie wyborczym? Kto nam odda prawo głosu, jeśli dojdzie do wyborczej manipulacji? Niektórzy mówią, że nie ma się czego obawiać, bo wszystko podpiszemy podpisem elektronicznym, więc da się zweryfikować, kto jak głosował. Ale zaraz: wybory powszechne w Polsce są tajne. Wprowadzając tego typu rozwiązania oddajemy w pewien sposób władzę w społeczeństwie technicznym kapłanom. Oni będą mogli nam powiedzieć, czy wszystko jest w porządku. Będziemy musieli im zaufać, bo nie będzie innego wyjścia.

■ Właśnie zapadło rozstrzygnięcie Sądu Okręgowego w Słupsku o konieczności rejestrowania portali internetowych w sądach. Jakie będzie miało skutki?

- Chociaż w Polsce obowiązek rejestracji dotyczy dzienników lub czasopism, w wyrokach pojawiają się tezy o konieczności rejestracji prasy. Prasa w Polsce nie musi być rejestrowana, a pojęcia dziennik i czasopismo są jedynie elementami szerszego zbioru, jakim jest prasa. Załóżmy przez chwilę, że serwisy internetowe powinny być rejestrowane w sądach. Chętnie dowiedziałbym, się czy serwis internetowy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów taki wniosek do sądu zgłosił i kiedy zarejestrowano serwisy internetowe ministerstw. Wiem, bo zapytałem, że serwisy internetowe policji nie są w sądach rejestrowane. Jeśli istotnie trzeba rejestrować portale, to znaczy, że cała administracja publiczna działa niezgodnie z prawem. Nie zapominając o osobach publicznych (w tym o politykach), które prowadzą własne blogi.

■ Jak zwiększyć bezpieczeństwo?

- Myślę, że potrzebujemy więcej afer. Przy każdej kolejnej coraz więcej osób poznaje sposób, w jaki można z urzędu wynieść informacje na pendrive, jak kupić dwanaście twardych dysków z ministerstwa, jak odzyskiwać dane z nośników (nawet utopionych w wannie), i jaką wartość dowodową mają nagrania, jeśli ktoś ocenia nagrania cyfrowe. Wiemy też, że możemy nie mieć środków na koncie bankowym, jeśli system naliczy 15 wypłat zamiast jednej.

Rozmawiał MICHAŁ FURA