Na wieść o śmierci Kulczyka rynek zareagował nerwowo. – Jego spółki są w dobrych rękach – uspokajają analitycy.
Reklama
Wieść o śmierci Jana Kulczyka spowodowała istotne spadki kursów kontrolowanych przez niego giełdowych spółek. Niedługo po otwarciu notowań na warszawskiej giełdzie akcje Ciechu (w którym Kulczyk był obecny poprzez firmę KI Chemistry) potaniały o ponad 5,3 proc., do 67,22 zł, zaś cena papierów Serinusa (Kulczyk Investment ma tu ponad połowę udziałów) – mimo wcześniejszych wzrostów – spadła o prawie 8,4 proc., do 2,08 zł. – Dzisiejsza reakcja rynku była początkowo mocno nerwowa – przyznaje Łukasz Rozbicki z MM Prime TFI. – Po pierwszym szoku inwestorzy jednak chłodniej podeszli do sytuacji, oceniając, że śmierć biznesmena nie powinna wpłynąć zasadniczo na funkcjonowanie chemicznej spółki – dodaje. I faktycznie po około godzinie kurs Ciechu zbliżył się znacznie do poziomu z wtorkowego zamknięcia, a na koniec wczorajszych notowań za akcje spółki płacono 70,72 zł (co oznaczało spadek tylko o 0,4 proc.).
Rozbicki zauważa, że w przypadku Serinusa, który zajmuje się poszukiwaniem i wydobywaniem węglowodorów, dodatkowym problemem jest to, że spółka znajduje się obecnie w trendzie spadkowym, spowodowanym trudną sytuacją na rynku ropy naftowej. Ostatecznie ta spółka zakończyła sesję na poziomie 2,18 zł, co oznaczało spadek o 4 proc.

Reklama
Co ciekawe, giełdowy kurs spółki Polenergia, w której akcjonariacie Jan Kulczyk był obecny poprzez fundusz Mansa Investment, prawie się wczoraj nie zmienił (w trakcie sesji jej akcje taniały nie więcej niż o 0,6 proc.). Na zamknięciu za papiery firmy płacono 26,71 zł (wzrost o 0,8 proc.).
– Możemy założyć, że sprawne grono menedżerów, którymi otaczał się Jan Kulczyk, da radę prowadzić jego przedsięwzięcia – uspokaja zarządzający z MM Prime TFI. Dodaje jednak, że w dłuższym terminie kluczowe będzie sprawne przeprowadzenie sukcesji majątkowej i przejęcie pełni sterów zarządzania przez Sebastiana Kulczyka.
Adam Ruciński, prezes BTFG Audit i były członek rady GPW, również nie ma wątpliwości co do kwalifikacji i doświadczenia menedżerów, którzy pracowali dla Jana Kulczyka. – To bezsprzecznie dobrze zorganizowany i zarządzany biznes – deklaruje. Nie jest jednak wcale przekonany, kto docelowo będzie wyznaczał jego strategię. Według Rucińskiego rodzina może zlecić to zadanie i ograniczyć swoją ingerencję tylko do swoistego prawa weta.
– Można przypuszczać, że w tak wielkim biznesie jak ten Jana Kulczyka zawczasu był przygotowany nie tylko plan klasycznej sukcesji, czyli przekazania władzy i własności w firmie następcom z jednoczesnym zabezpieczeniem majątkowym nestora, ale i plan awaryjny – mówi nam radca prawny Paweł Rataj, współautor „Przewodnika po sukcesji w firmach rodzinnych”. Ów plan awaryjny określa sposób, w jaki przekazywane będzie władztwo nad firmą tak, aby zachować ciągłość jej zarządzania na wypadek śmierci przedsiębiorcy lub w sytuacji, gdy nie może on już podejmować decyzji (np. na skutek wylewu).
– Trudno powiedzieć, kto teraz będzie odpowiadał za strategię grupy kapitałowej, choć wiadomo, że sukcesja w holdingu została przeprowadzona na rzecz syna Sebastiana, który kierował bieżącą działalnością i był przez lata przygotowywany do objęcia sterów w firmie – uważa Rataj i dodaje, że zarówno na świecie, jak i w Polsce w podobnych przypadkach stosowane są bardzo różne podejścia i nie ma uniwersalnego rozwiązania dla każdej firmy. – Po śmierci Jana Wejcherta to członkowie jego rodziny wzięli na siebie kierowanie poszczególnymi firmami wchodzącymi w skład grupy biznesowej. Z kolei gdy zmarł Aleksander Gudzowaty, do zarządzania interesami wynajęto zewnętrznego menedżera – wymienia radca prawny.