Szybki awans? Bardzo często staje się on jednak pułapką. Firma lubi wyłuskać młodego, zdolnego i ambitnego, a potem wywindować go wysoko. Taki ktoś staje się bardziej lojalny. Nie chce firmy zawieść albo po prostu boi się utracić pozycję, na którą się wdrapał.
Szybki awans? Bardzo często staje się on jednak pułapką. Firma lubi wyłuskać młodego, zdolnego i ambitnego, a potem wywindować go wysoko. Taki ktoś staje się bardziej lojalny. Nie chce firmy zawieść albo po prostu boi się utracić pozycję, na którą się wdrapał.
Dziś będzie o III Rzeszy, wojnie i... korporacjach.
Tak, bo z pewnym opóźnieniem i wielkim zainteresowaniem przeczytałem książkę Jonathana Littella „Łaskawe”.
Kilka lat temu to był we Francji i w Niemczech wydawniczy hit. „Łaskawe” to gruba na ponad 1000 stron fikcyjna opowieść esesmana. Bohater Max Aue jest w Polsce, we Francji i pod Stalingradem. Bierze też udział w organizacji Holokaustu. Poznaje osobiście Himmlera, Speera i Eichmanna.
A po wojnie korzystając z koneksji, ucieka przed odpowiedzialnością i robi karierę biznesową we Francji.
I gdzie tu korporacja?
W pierwszym odruchu pomyślimy, że nie ma żadnego związku między światem korporacji a III Rzeszą, ale czytając tę książkę, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że cała III Rzesza to było takie dobrze funkcjonujące przedsiębiorstwo. A Max Aue cały czas staje wobec procesów i wyzwań dobrze znanych tym, którzy funkcjonują w zhierarchizowanych strukturach – także korporacyjnym niewolnikom.
Co pan ma na myśli?
W opowieści Littella zarówno Aue, jak i większość Niemców, których spotyka on na swojej drodze, to nie są żadne potwory. Owszem, bywają skorumpowani lub egoistyczni, ale sami z siebie nie są jacyś nieludzcy. Akurat tak się złożyło, że znaleźli się w „firmie”, która postawiła sobie za cel zawładnięcie światem, m.in. poprzez zbrodniczą likwidację narodu żydowskiego. Ale jeżeli wyjąć ich z tamtego historycznego kontekstu, to niewiele by się różnili od nas żyjących obecnie, w tym zwyczajnych korpoludków. Nie chcę oczywiście nikogo obrazić i mam nadzieję być dobrze zrozumianym. Ale w świecie korporacyjnym, który sam opisuję w „Planecie korporacji”, też często dominuje bezwiedne wykonywanie poleceń. Przychodzi szef i mówi, że mam coś zrobić, i ja to robię. W końcu jestem pracownikiem firmy i za to biorę pieniądze.
A odpowiedzialność za własne czyny?
W rzeczywistości korporacyjnej ulega ona niebezpiecznemu rozmyciu. Każdy z pracowników przerzuca ją na przełożonych albo w ogóle na „organizację”. Większość rozterek natury moralnej jest rozwiązywana właśnie w ten sposób. Ale dopiero Littell pokazał mi, że Aue i jego towarzysze działali na podobnych zasadach. Nie byli od nas ani lepsi, ani gorsi. Byli przerażająco zwykli.
To już blisko słynnej tezy o banalności zła, którą sfomułowała kiedyś Hannah Arendt.
Mnie rzuciła się w oczy jeszcze jedna analogia.
Jaka?
W „Łaskawych” widać, że gdy Niemcy w końcu przegrywają wojnę i nadchodzi rozliczenie za zbrodnie, to faktyczną karę ponoszą tylko dwie grupy: z jednej strony absolutna wierchuszka III Rzeszy, a z drugiej ci wykonawcy na samym dole, którzy wrzucali gaz do komór. Cała wyższa i średnia kadra zarządzająca umknęła odpowiedzialności. Podobnie jest w korporacjach, gdy nadchodzą kłopoty, pierwsi do odstrzału idą ci z samego dołu, jeśli kryzys jest naprawdę duży, robotę traci prezes, a czasem jego zastępcy. A reszta z wielką chęcią bierze się za realizację zadań stawianych przez nowych szefów.
A jak to jest z mówieniem „nie” w korporacji. Czy takie słowo w ogóle jest w słowniku?
Oczywiście. To nie jest przecież tak, że korporacyjną planetę zaludniają tylko „mierni, ale wierni”, bo korporacja przyciąga silne indywidualności. Choćby poprzez system wysokich wynagrodzeń, a jak już ich przyciągnie, to stara się ich od siebie uzależnić. Temu służy na przykład sztuczka szybkiego awansu.
Szybki awans? Któż o tym nie marzy?
No właśnie. Bardzo często staje się on jednak pułapką. Firma lubi wyłuskać młodego, zdolnego i ambitnego, a potem wywindować go wysoko. Taki ktoś staje się bardziej lojalny. Nie chce firmy zawieść albo po prostu boi się utracić pozycję, na którą się wdrapał.
A wracając do Littella, to na szczęście mówimy o spółkach giełdowych, rocznych zyskach, strategiach biznesowych. A nie strukturach nazistowskich służb specjalnych...
Na szczęście. Wydaje mi się jednak, że jak korporacyjny niewolnik sięgnie po „Łaskawe”, to gdzieś tam głęboko w duszy będzie mu się kołatało niepokojące pytanie – które sam sobie przy lekturze stawiałem: a jak ja bym się zachował na miejscu Auego?
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Powiązane
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama