Gdyby przyjrzeć się przekazom medialnym z ostatnich tygodni, wyłoniłby się obraz zdominowany przez informacje z rozkręcającej się kampanii wyborczej, dyskusji na temat różnych konwencji i zdarzeń niekiedy nieistotnych. To łatwiejsze tematy niż przyjrzenie się temu, co się dzieje w gospodarce. A wydarzenia ostatnich tygodni wymagają podsumowania i spojrzenia na nie kompleksowo.
Wydarzenia w sektorze górnictwa węglowego pokazały nie tylko siłę związków zawodowych, lecz także kompletny brak pomysłu na restrukturyzację sektora i sposób przeprowadzenia niezbędnych reform. Sun Tzu mówił, że nie należy zaczynać wojny, której nie można wygrać. A mieliśmy zdetonowanie bomby na terenie przeciwnika i dopiero później rozpoczęło się mobilizowanie wojska i gwałtowne szukanie składów broni. Po drugiej stronie były świetnie od lat przygotowane, zwarte szeregi. Klęska była „oczywistą oczywistością”, a cena za pokój okazała się ekstremalnie wysoka. Tym bardziej że problem nie został zakopany na wieki. Nieboszczyk pozostawiony na powietrzu wcześniej czy później znowu zacznie brzydko pachnieć. Takiego błędu nie popełnił kilkanaście lat temu wicepremier Janusz Steinhoff. Niepamiętającym (lub wolącym nie pamiętać) przypomnę, iż zamknięto wtedy ponad 20 kopalń, przy zachowaniu relatywnego spokoju społecznego. Tyle że wtedy osoby odpowiedzialne za sektor przeprowadziły mobilizację i zgromadziły zapasy broni przed otwarciem frontu (czytaj: dialog społeczny rozpoczęły na wiele miesięcy przed wdrożeniem koniecznej reformy). Nie potrafię zrozumieć, czyja – przynajmniej od maja zeszłego roku – nadmierna pewność siebie lub przekonanie o nieomylności sprawiło, że nie zwrócono się o pomoc do osób mających unikatowe doświadczenie. Pycha kroczy przed upadkiem. A ten, trzeba przyznać, był dla rządzących naprawdę bolesny. Jak bardzo będzie bolesny dla podatników, a koniec końców także dla górników, to się dopiero okaże.
Reklama
Sytuacja w sektorze górniczym dobitnie pokazuje, jaką karykaturą stało się coś, co w Ministerstwach Skarbu Państwa i Gospodarki szumnie nazywa się „nadzorem właścicielskim” i „poszanowaniem praw akcjonariuszy mniejszościowych”. Wyobraźmy sobie np. niemiecki rząd fundujący swoim obywatelom podobny spektakl, jak w przypadku naszej reformy górnictwa. Ogłoszenie zamykania kopalń wywołuje (chyba nietrudną do przewidzenia?) gwałtowną reakcję – to co robimy? Sypiemy pomysłami jak z rękawa: o utworzeniu specjalnej strefy ekonomicznej, o połączeniu kopalń ze spółkami energetycznymi itp. Co jeden pomysł to ciekawszy, a wspólny mianownik jest taki – to propozycje rzucane bez analiz i bez żadnego wcześniejszego przygotowania od strony możliwości (i sensowności) wdrożenia. Trudno wyobrazić sobie np. Niemców działających w takiej prowizorce zarządczej.

Reklama
O tym, że nadzór właścicielski poległ na całej linii, świadczy to, że problemy w Kompanii Węglowej, KHW czy JSW nie pojawiły się przecież z dnia na dzień, a rozwiązania szukano tak późno. Dla sektora prywatnego to niewyobrażalne, by wobec zmieniających się trendów rynkowych nie podejmować stosownych działań naprawczych w firmie. Unikanie odpowiedzialności i typowa dla rządzących prokrastynacja doprowadziły wszystkich aktorów tego dramatu do ściany. Wobec kryzysu opinia publiczna jest karmiona deklaracjami o analizach dotyczących konsolidacji sektora i o konsultacjach ze związkami zawodowymi firm energetycznych (de facto spółek giełdowych, w których free float, a więc akcjonariusze mniejszościowi, są obecni nie tylko duchem). Kolejne terminy mijają, a konsolidacja czegokolwiek może zaraz okazać się ledwie zacieśnioną współpracą. Minister wycofuje się rakiem ze swoich zapowiedzi, a dziesiątki tysięcy pracowników firm energetycznych przez kolejne miesiące zamiast koncentrować się tylko na pracy, będą drżeć o swoją przyszłość, bo nie ma nic gorszego niż niepewność. Wszystko to świadczy o kompletnym chaosie, działaniu ad hoc i braku jakiejkolwiek długoterminowej strategii na funkcjonowanie kluczowych dla państwa sektorów.
Nie jest typowe dla gospodarki rynkowej i demokratycznego państwa, aby zarządzanie majątkiem Skarbu Państwa polegało na wydawaniu nakazów i zaleceń ministerialnym urzędnikom w radach nadzorczych strategicznych spółek. Ministrowie nie ponoszą bowiem żadnej odpowiedzialności za przekazywane ustnie „wytyczne”. A działając pod presją ministra, rady nadzorcze lub zarządy mogą podejmować decyzje negujące zawarte umowy czy kontrakty. Najlepiej niech później rozstrzygnie sąd, bo to, że mogą powstać jakieś dodatkowe koszty, roszczenia i odsetki, jest kwestią nieistotną. W końcu i tak zapłaci spółka, a nie podejmujący wątpliwe prawnie (acz słuszne politycznie), zakulisowe decyzje. Warto pamiętać, że koniec końców nikt i nic tych osób nie zwolni z odpowiedzialności kodeksowej.
Wśród menedżerów spółek z udziałem Skarbu Państwa od lat krąży powiedzenie, że nikt jeszcze nie został pozwany za działanie na szkodę spółki, ale zgodnie z wolą tego – specyficznego – akcjonariusza. Każdy jednak dodaje, że nie chciałby być pierwszy. Pytanie, kto będzie pionierem i kiedy ta cienka linia zostanie przekroczona. Kwestia konsolidacji energetyki lub „siłowe przyłączanie” kopalń może być tutaj papierkiem lakmusowym. Równie niedobrą metodą jest roszczenie sobie prawa do wydawania zgody na nabycie aktywów spółek, w tym prywatnych, przy zapewnieniu dużej dyskrecjonalności wydawanych decyzji. Ostatni „racjonalizatorski” pomysł ministerstwa skarbu w tej kwestii już zaczął budzić emocje. Zapewne dla gospodarki i przedsiębiorców byłoby lepiej, gdyby swoją energię ministerstwo skierowało na bardziej istotne – i korzystne dla rozwoju kraju – rozwiązania.
O szczególnym uwielbieniu rządzących dla „tłustych misiów” gospodarki w ostatnich miesiącach napisano już wiele. Ale ten problem dotyczy też małych i średnich firm. Nic lepiej nie obrazuje podejścia do podatników, jak to, co dzieje się wokół zaproponowanej przez prezydenta nowelizacji ordynacji podatkowej w kwestii in dubio pro tributario. Odmawianie podatnikom prawa do rozstrzygania wątpliwości na ich korzyść jest nie tylko przejawem totalnej hipokryzji, ale przede wszystkim pokazaniem, gdzie jest ich miejsce. Płacz i płać. Potem, drogi podatniku, możesz dochodzić swoich roszczeń w sądach. Całymi latami. W odróżnieniu od seryjnego mordercy, ty od razu w momencie rozpoczęcia kontroli jesteś winny (zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Finansów ponad 80 proc. kontroli ma się zakończyć nałożeniem kar). Wszystko w imię dochodów budżetowych – w końcu na te kilka miliardów, które zostaną skierowane na pseudoreformę górnictwa, ktoś musi się zrzucić.
W melodię umiłowania przedsiębiorców wpisuje się również najnowszy pomysł Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczący umożliwienia mu dostępu online do akt postępowań prowadzonych w sądach. Wbrew pozorom wiedza o życiu prywatnym (i prywatnych sprawach) tuzów gospodarki może być równie – jeśli nie bardziej – interesująca niż w przypadku przeciwników politycznych. Nieważne, że wobec proponowanych rozwiązań protestują sędziowie i konstytucjonaliści. Ale władza wie lepiej. Przecież, jak mawiał nieceniony w takich bon motach Jacek Kurski, ciemny lud wszystko kupi. Mam nadzieję, że tym razem pan poseł jednak na narodzie się zawiedzie.
To tylko wybrane wydarzenia z ostatnich tygodni. Przyznaję, że obserwowane pojedynczo mogą powodować wzruszenie ramion, będące wyrazem zniechęcenia i braku szczególnych oczekiwań wobec rządzących, którzy nauczyli nas spodziewać się nie fajerwerków intelektu i dalekosiężnej wizji, ale co najwyżej ogólnie znanej letniej wody w kranie. Takich zdarzeń jest jednak, niestety, więcej. Trudno się oprzeć wrażeniu, że na naszych oczach rodzi się nowa arystokracja. Kiedyś rodami arystokratycznymi byli Lanckorońscy, Zasławscy, Koniecpolscy. Dziś najwyraźniej tworzą się rody prominentów – Urzędnikowscy i Ministerscy.
Gospodarka centralnie sterowana, partyjny i urzędniczy aparat roszczący sobie prawo do nieomylności i do podejmowania wszelkich działań (często nawet na granicy prawa), możliwość „wyhakowania” każdego Kowalskiego... Niedawno świętowaliśmy 25-lecie pożegnania się z ustrojem „słusznie minionym”. Ale czy na pewno jest on miniony, czy tylko na naszych oczach odbywa się triumfalny, acz ukryty i po cichu, powrót wszystkich jego wyróżników? Czyż nie zaczynamy mieć deja vu? Cenię intelekt byłego ministra Sienkiewicza, ale wolałabym, żeby jego już klasyczne powiedzenie o kamieni kupie nie stało się podsumowaniem administrowania polską gospodarką ostatnich lat.