Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) pokazała mapę ryzyk dla przemysłu wynikających z zagrożenia kryzysem energetycznym w Polsce. Najbardziej narażone są branże takie jak produkcja metali, wyrobów z surowców mineralnych czy drewna lub papieru. W przypadku tych działów udział energii w kosztach zakupu jest największy. Ale ważna jest też inna kategoria: udział poszczególnych branż w spożyciu gazu. W tym przypadku na pierwszym miejscu jest produkcja wyrobów z surowców mineralnych, czyli np. ceramika, na drugim przemysł spożywczy, na trzecim produkcja metali, a na czwartym produkcja wyrobów chemicznych. Te cztery branże łącznie zużywają niemal trzy czwarte gazu, jaki trafi do przemysłu. – Jeśli rząd nie zdiagnozuje potrzeb branż, które są strategiczne ze względów budżetowych czy organizacyjnych, trudno określić, jak działa cały system. Jeśli cokolwiek ma być zrobione, to na podstawie rzetelnej diagnozy – wyjaśnia przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich Marek Kowalski.
Mapa zarówno pokazuje stopień narażenia poszczególnych branż w gospodarce na przerwy i ograniczenia w dostawach prądu czy gazu, jaki i wskazuje, które z nich najbardziej odczują rosnące ceny energii i paliw. – Miara energochłonności jest też wyznacznikiem podatności. Pokazuje skalę, jak na całkowity rachunek kosztów przekłada się wzrost cen energii. Wyraźnie na czoło wysuwa się branża hutnicza, ale też chemiczna czy huty szkła i producenci płytek – podkreśla Łukasz Kozłowski, główny ekonomista federacji.
Reklama
Eksperci FPP przygotowali też zestaw rekomendacji. Dotyczą m.in. dostosowania do specyfiki przemysłowej przepisów w zakresie ograniczeń w dostawie gazu. Chodzi o zmianę z godzinowego cyklu rozliczania ograniczeń dostępu do gazu na dwutygodniowy czy miesięczny. Inna rekomendacja dotyczy dobrowolnego ograniczenia zapotrzebowania na energię za wynagrodzeniem (mechanizm DSR). Nie mniej potrzebne są rozwiązania systemowe i długofalowe, takie jak odblokowania sejmowych prac nad ustawą 10H, która ma zliberalizować stawianie energetyki wiatrowej na lądzie, ale także zwiększenie technicznych możliwości przyłączenia większych ilości mocy OZE do Krajowego Systemu Elektroenergetycznego i uproszczenie procedur administracyjnych.
Kamil Kliszcz, analityk mBanku, mówi nam, że – przynajmniej z tego, co widzimy w dokumentach – administracyjne racjonowanie gazu nie będzie konieczne. Także źródło zbliżone do branży, pytane, czy grożą nam stopnie zasilania, odpowiada, że wystąpią one wtedy, gdy nie będzie paliwa w elektrowniach i jedynym sposobem na to, by sobie z tym poradzić, będzie ograniczenie zużycia. – Jednak wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że węgla nam wystarczy – akcentuje.
Natomiast menedżer związany z branżą mówi nam, że rynek potrzebuje 2–3 lat, żeby dojść do równowagi. Jego zdaniem problemy z energetyką mogą uderzyć w zdolność Polski do przyciągania zagranicznych inwestycji. – Problem energetyczny powoduje, że tracimy konkurencyjność – akcentuje.