Handel zagraniczny narażony jest na dużą zmienność spowodowaną licznymi zaburzeniami, które odbijają się na polskiej i światowej gospodarce. Mowa nie tylko o wojnie w Ukrainie i sankcjach nałożonych z tego powodu na agresora, czyli Rosję, lecz także o wysokiej inflacji czy zawirowaniach po pandemii. Dane za pierwsze półrocze pokazują, że polska wymiana handlowa mimo tylu przeciwności wciąż ma się dobrze. Eksport wyniósł 761,5 mld zł, czyli o 20,8 proc. więcej niż przed rokiem. Import wzrósł z kolei o 33,1 proc., do 814,6 mld zł. Jak zauważają eksperci, wymiana handlowa jest niezwykle ważna dla naszej gospodarki. Wartość obrotów zagranicznych wynosi tyle co roczne PKB Polski. Pytanie więc, czy uda się utrzymać to wysokie tempo w kolejnych miesiącach.

Problemy z kosztami

– Wyzwań, które stoją przed przedsiębiorcami, jest bardzo wiele. Zacznę od logistyki, która znacząco wpływa na koszty. A to za sprawą cen paliw, ale i wysokich cen kontenerów wykorzystywanych w transporcie morskim. Trzy lata temu koszt tego ostatniego do USA czy na Bliski Wschód wynosił kilka tysięcy dolarów, dziś ok. 17 tys. dol. Do tego dochodzą rosnące koszty wytworzenia produktu związane ze wzrostem cen surowców, pracy oraz energii – tłumaczy Marek Moczulski, prezes zarządu Unitrop, producenta wyrobów cukierniczych, które wysyła nie tylko do krajów UE, lecz także do USA, Kanady czy Australii. Dlatego, jak dodaje prezes, w ostatnim roku firma była zmuszona kilka razy podnieść swoje ceny.
– Tym samym nasz niepokój o to, czy pozostaniemy konkurencyjni tak jak dotąd na międzynarodowych rynkach, jest coraz większy. Zatem obawy o eksport są coraz większe. Szczególnie że niewykluczone są kolejne wzrosty cenników – tłumaczy Marek Moczulski.
Konsumenci również odczuwają inflację i rosnące koszty energii, zasobność ich portfeli jest coraz mniejsza. Pytanie, kiedy i co zaczną ograniczać w swoim koszyku zakupowym.
Na coraz większe trudności wskazuje też Wojciech Grohn, członek zarządu ds. zakupów w Lidl Polska, podkreślając, że tylko w ostatnim roku firma wysłała z Polski do swoich sklepów za granicą towary o wartości 4,3 mld zł. W ciągu ostatnich czterech lat wartość eksportu wyniosła 13 mld zł.
– Sytuacja z pewnością byłaby inna, gdyby firmy były w stanie oszacować swoje koszty produkcji. Dziś, kiedy zmieniają się one tak bardzo, zwłaszcza jeśli chodzi o ceny energii, nie są wstanie ich przewidzieć. To odbija się na wymianie handlowej. Nie są wstanie zagwarantować, jak kiedyś, cenników na długi czas. Muszą je zmieniać co pół roku, trzy miesiące, a niekiedy nawet co miesiąc. To nie sprzyja współpracy – dodaje Wojciech Grohn i przyznaje, że dziś nie chciałby być w skórze wytwórców, którzy muszą się głowić, z jakim cennikiem wystąpić do sieci.
– Naszą rolą jest jednak zrozumienie i partnerstwo – uzupełnia i dodaje, że dostrzega też szansę w obecnej sytuacji dla polskich firm. Po pierwsze dlatego, że Polska to kraj rolniczy, producenci są więc w tej dobrej sytuacji, że mają dostęp do wielu surowców. Do tego wielu inwestuje we własne źródła energii, robotyzację, co sprzyja obniżaniu kosztów.
– Znam przykłady firm, które w tym trudnym czasie, właśnie za sprawą inwestycji m.in. w fotowoltaikę i obniżenia dzięki niej kosztów produkcji, zawierają nowe kontrakty na dostawy. W polskich firmach jest duch przedsiębiorczości, dlatego szukają rozwiązań, by wybrnąć z tej ciężkiej sytuacji. Naszą misją jest natomiast wspomóc je w eksporcie – zaznacza Wojciech Grohn.





W poszukiwaniu rozwiązań

Eksperci zauważają, że z podobnymi problemami borykają się też przedsiębiorcy w innych krajach. Cały świat jedzie na tym samym wózku.
– W kwietniu ub.r. nasi producenci otrzymywali rachunek za energię na poziomie 300 tys. euro. W tym roku jest to już 1,7 mln euro. To sprawiło, że musieli wstrzymać się z nowymi inwestycjami. A to nie jest dobre w kontekście planów eksportowych. Nowe inwestycje to konkurencyjność. Zatem będzie to miało przełożenie na zyski firm – mówi Beata Czaplińska, dyrektor wykonawczy Polsko-Litewskiej Izby Handlu, dodając jednocześnie, że eksport z Litwy do Rosji i na Białoruś czy Ukrainę spadł w tym roku o 40 proc. Jeszcze bardziej do Azji – o 90 proc., co ma związek z otwarciem przez Litwę przedstawicielstwa na Tajwanie. To nie spodobało się Chińczykom, którzy wprowadzili ograniczenia na import towarów z Litwy.
– Prawda jest jednak taka, że przedsiębiorcy zawsze szukają alternatyw. Muszą, jeśli chcą przetrwać. Dlatego o 160 proc. zwiększył się nasz eksport do Singapuru, Korei czy Australii – wymienia Beata Czaplińska.

Davit Japaridze, właściciel Caucasus Investment Group, zwraca uwagę, że wiele zależy od branży, ale i rynku, na którym się działa.
– Specjalizujemy się w eksporcie kapitału. To znaczy pomagamy kupować nieruchomości i ruchomości w Gruzji lub za jej pośrednictwem w innych krajach, jak Azerbejdżan, Kazachstan czy Armenia. W naszym przypadku inflacja jest czynnikiem sprzyjającym. Wiele osób chce bowiem ulokować swoje oszczędności w takich biznesach, które będą przynosiły dochód większy niż wynosi inflacja w ich kraju. Dlatego mamy duży wzrost inwestycji ze strony osób prywatnych – dodaje.
Przyznaje on, że trudno wyrokować, co stanie się w nadchodzącej przyszłości. Ma nadzieję, że ułatwienia, które wprowadza rząd, jak niższe podatki CIT i PIT dla inwestorów, będą sprzyjały napływowi kolejnych przedsięwzięć z Europy i świata do Gruzji.
Eksperci zwracają uwagę, że w przypadku polskich firm czynnikiem sprzyjającym eksportowi powinien być słaby złoty. Podkreślają jednak, że działa on na korzyść, ale niewielkiej grupy przedsiębiorców. Wielu jest bowiem jednocześnie eksporterami i importerami.
– To, co zyskują z powodu słabego złotego na eksporcie, tracą przy imporcie. Tak jest w naszym przypadku, bo jesteśmy importerem sezamu z Afryki – mówi Marek Moczulski.
Podobnie jest w przypadku Lidla, który – choć pomaga eksportować do innych krajów – sam importuje wiele towarów do swoich sklepów.
– To sprawia, że prowadzimy nieustanną walkę o zachowanie dobrej relacji jakości do ceny. Coraz trudniej jest nam gwarantować ofertę naszym klientom taką, jak byśmy chcieli. Nie mówiąc już o tym, że towary zamówione z zagranicy niekiedy nie dopływają na czas do portów – zaznacza.
Eksperci zapytani o to, ile taka niepewność potrwa, odpowiadają jednogłośnie: „Nie ma co liczyć, że szybko się skończy”. Część uważa, że w grę wchodzą dwa–trzy lata. Dlatego, jak zaznaczają, potrzebna jest pomoc, zwłaszcza w kontekście energii, bo wiele firm może nie przetrwać z powodu wysokich jej cen, szczególnie ci, u których ma ona znaczący udział w kosztach wytworzenia.
Eksperci uważają jednak, że eksporterzy i importerzy w większości sobie poradzą. Tak jak przy poprzednich kryzysach, tak i teraz będą szukali rozwiązań gwarantujących zyski i przetrwanie.







Fot. materiały prasowe
Materiały prasowe