Trudno by było inaczej, skoro zanim jeszcze minister Warufakis w ogóle dotarł z nimi do Brukseli, już Wolfgang Schaeuble powtórzył, że Grecja musi przestrzegać swoich zobowiązań. Perspektywa wyjścia – bądź wyrzucenia – Grecji ze strefy euro, która po przejęciu władzy przez Syrizę mimo wszystko wydawała się mało prawdopodobna, teraz staje się coraz bardziej realna. Ale jeśli do tego dojdzie, niekoniecznie będzie to wyłącznie winą Grecji.

Premier Tsipras i minister finansów Warufakis raz taktycznie usztywniają stanowisko, raz je łagodzą, ale w ciągu ostatnich niespełna trzech tygodni odeszli od wyborczych obietnic bardzo daleko. Nie mówią już o tym, że Grecja jednostronnie zerwie umowę w sprawie bailoutu, ani o umorzeniu części zadłużenia. Tsipras w niedzielnym exposé zapowiadał, że jednym z jego priorytetów ma być poprawa ściągalności podatków, co od dziesięcioleci było grecką słabością. Do Brukseli Warufakis też przyjechał wczoraj z propozycjami odległymi od radykalnych i nieodpowiedzialnych haseł Syrizy sprzed kilku miesięcy. Zgodnie z nimi Grecja przestrzegałaby 70 proc. dotychczasowych warunków bailoutu, zaś pozostałe 30 proc. byłoby zastąpione 10-punktowym planem reform uzgodnionym z OECD, greckie obligacje zamienione byłyby nowymi, których tempo spłaty byłoby uzależnione od stopy wzrostu gospodarczego, zaś celem na ten rok miałoby być osiągnięcie pierwotnej nadwyżki budżetowej (czyli różnicy w dochodach i wydatkach, nie uwzględniając spłaty długów i odsetek) na poziomie 1,49 proc. PKB zamiast 3 proc. Ba, nawet grecki rząd nie zamierza się wycofywać z prywatyzacji portu w Pireusie, choć jeszcze niedawno mówił o cofnięciu wszystkich prywatyzacji przeprowadzonych w ostatnich pięciu latach. Co ze swej strony proponują Schaeuble i szef eurogrupy Jeroen Dijsselbloem? – Grecja musi przestrzegać ustalonych warunków – powtarzają za każdym razem.

Owszem, umów należy przestrzegać. Faktem jest też, że Grecja przez wiele lat podkręcała dane gospodarcze, jej zadłużenie doszło do niemożliwego do utrzymania rozmiaru, a jego część już umorzono w ramach ugody z prywatnymi wierzycielami. Ale faktem jest też, że przedstawiciele tych samych krajów, które teraz naciskają na Grecję, w przeszłości przymykali oko na fałszowanie statystyk, a nieprzestrzeganie uzgodnień i nierówne traktowanie poszczególnych państw nie jest niczym nadzwyczajnym (na ukaranie Francji za notorycznie nadmierny deficyt budżetowy jakoś Unia się nie może zdecydować). Nie jest też jasne, czy wymuszony przez trojkę program oszczędnościowy Grecji w ostatecznym rozrachunku pomógł, czy jeszcze bardziej zaszkodził. W końcu nawet MFW przyznało kilka miesięcy temu, że nie doszacował skali spadku PKB wskutek oszczędności, zaś doświadczenia innych państw nie dają jednoznacznych odpowiedzi – Wielka Brytania czy Irlandia wyszły z kryzysu poprzez oszczędności, Stany Zjednoczone – dzięki stymulowaniu gospodarki.

Perspektywa usunięcia Grecji spośród członków wspólnoty europejskiej staje się coraz bardziej realna. Jednak jeśli się tak stanie, nie będzie to wyłącznie wina Aten. W tym przypadku negocjacje bardziej przypominają gwałt

Grecki minister obrony Panos Kammenos – z koalicyjnej skrajnej prawicy – przekonywał we wtorek, że Ateny mają plan B i jeśli nie dojdzie do porozumienia ze strefą euro, co pozostaje priorytetem, mogą szukać pomocy gdzie indziej, wspominając o Stanach Zjednoczonych, Rosji, Chinach i innych krajach. Ten plan B jest zapewne nazbyt optymistyczny, bo trudno znaleźć powód, by Stany Zjednoczone miały się angażować w pomoc finansową dla kraju UE, Rosja z powodów politycznych chętnie by pomogła, ale sama jest w kryzysie, a Chiny mają pieniądze, ale używają ich tylko, jeśli widzą zysk polityczny lub finansowy, czego Grecja nie gwarantuje. Drugiej i trzeciej opcji nie można jednak wykluczyć. Problem w tym, że zwolennicy twardej polityki wobec Grecji żadnego planu poza całkowitym ustępstwem Aten nie mają. Strefa euro bez Grecji zapewne przeżyje, ale jeśli konsekwencją braku chęci na choćby symboliczne ustępstwo będzie pojawienie się prorosyjskiej lub prochińskiej agentury, to marzenia o unijnej mocarstwowości nie przeżyją na pewno.