Według zapowiedzi koncernu Orlen, który już wcześniej należał do grona największych firm w Europie Środkowo-Wschodniej, po zintegrowaniu z Lotosem ma osiągnąć łączne przychody rzędu ćwierć biliona złotych rocznie (w zeszłym roku było to nieco ponad 130 mld zł). A na przełomie października i listopada – jak deklaruje prezes koncernu – do Orlenu ma zostać przyłączony również koncern gazowy PGNiG. Skala ta – według Obajtka – sprawić ma, że Orlen stanie się kołem zamachowym dla całej polskiej gospodarki, wzmacniając jednocześnie pozycję konkurencyjną koncernu, bezpieczeństwo energetyczne kraju i wspierając zieloną transformację.
Aby zrealizować zmiany własnościowe, Orlen musiał spełnić warunki Komisji Europejskiej, które obejmowały m.in. zbycie udziałów w gdańskiej rafinerii, aktywów związanych z produkcją asfaltu i terminali paliw oraz części stacji benzynowych Lotosu. W pierwszym obszarze partnerem zostało Saudi Aramco, stacje Lotosu przejmie węgierski MOL, a aktywa asfaltowe i terminale – Unimot.
Krytycy transakcji, do których należał Piotr Naimski, odwołany w zeszłym miesiącu z funkcji pełnomocnika rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, oraz b. prezes PGNiG Piotr Woźniak, uważają, że wiąże się ona jednak z zagrożeniami, w tym dotyczącymi przejęcia strategicznych aktywów przez Rosjan. – Trzeba mieć nadzieję, że plan połączenia PKN Orlen, Lotosu i PGNiG, dając możliwość koordynacji strategii w sektorze paliwowym i rafineryjnym, nie narazi Polski na niekontrolowane przejęcia własnościowe w tym obszarze – mówił Naimski, jeszcze jako minister, w wywiadzie dla DGP.
Reklama