A jednak włączenie węgla do piątego pakietu unijnych restrykcji to przełom. Widać, że presja ze strony krajów popierających uderzenie w surowcowe dochody Kremla i wstrząśniętej rosyjskimi zbrodniami w Ukrainie europejskiej opinii publicznej przyniosła efekty. Jeszcze pod koniec marca kanclerz Olaf Scholz podkreślał, że nie ma możliwości, żeby Niemcy zrezygnowały z dostaw nośników energii ze Wschodu z dnia na dzień, i snuł katastroficzne wizje dla gospodarki w razie wprowadzenia importowych obostrzeń dla węgla, ropy i gazu. Jeszcze ostrzej sprawę stawiali politycy węgierscy, którzy mówili, że sankcje wobec sektora energii to dla nich „czerwona linia”. A na wypowiedziach przecież się nie kończyło. O tym, że była to w pierwszych tygodniach inwazji wykładnia dominująca w UE, świadczą choćby wyłączenia z blokady SWIFT dla banków obsługujących surowcowe transakcje. Nawet należąca do antyrosyjskich jastrzębi Warszawa wydawała się tracić już nadzieję, że nasze postulaty są możliwe do szybkiego przeforsowania w Brukseli – stąd m.in. decyzja o zainicjowaniu węglowego embarga na szczeblu krajowym i zwiększenie nacisku na przekaz o równości szans na rynku UE w okresie surowcowej derusyfikacji.
W tym sensie zgoda „27” na węglowe embargo to punkt zwrotny na miarę zamrożenia Nord Stream 2. Po pierwsze, po raz kolejny stało się jasne, że nieprzekraczalne linie w polityce europejskiej stały się przekraczalne. Do zachowawczego kursu nie ma powrotu, a sankcje na kolejne surowce – w pierwszej kolejności na ropę – to kwestia czasu. Oficjalnie nową linię – uderzenia „prędzej czy później” w ropę i gaz – skonstatował już zresztą szef Rady Europejskiej Charles Michel. Embargo naftowe poparł też faworyt w grze o prezydencką reelekcję we Francji Emmanuel Macron – i chyba tylko niespodzianka w drugiej turze mogłaby dalszym krokom w tym kierunku zagrozić. Zwolennikom tego kroku sprzyja też sytuacja na rynku ropy. W reakcji na powrót widma koronawirusa w Chinach odżyły obawy o popyt na paliwa i ceny surowca (po raz pierwszy od niemal miesiąca) spadły pod próg 100 dol. za baryłkę.
Reklama
Niepoważnie wygląda też teza, której jeszcze do niedawna próbowali bronić członkowie niemieckiego rządu: że surowcowe embargo nie będzie skutecznym instrumentem ograniczenia możliwości prowadzenia wojny przez Kreml albo że uderzy w Europejczyków mocniej niż w agresora. Z wyliczeń naukowców wynika jasno, że maksymalne straty, jakie poniosłyby Niemcy, nie przekraczają kilku procent PKB, mieszcząc się w granicach wyznaczonych przez pandemię. Dla Rosji oznaczałoby ono ryzyko załamania gospodarczego rzędu nawet 40 proc. Już w zeszłym roku eksport surowców odpowiadał za ponad jedną trzecią dochodów rosyjskiego budżetu (ponad 2,5-krotność budżetu wojskowego Moskwy), z końcem marca – według Instytutu Finansów Międzynarodowych (IIF) – udział ten sięgnął 50 proc.
Ukraina i jej najbliżsi unijni partnerzy, Polska i kraje bałtyckie, zyskali w sankcyjnej rozgrywce potężnych sojuszników. Po raz pierwszy od lat nadajemy ton głównemu nurtowi UE, a Niemcy Scholza, razem z Budapesztem i Wiedniem, trafiły do grona hamulcowych. Kolejnym potwierdzeniem tej „nieoczekiwanej zmiany miejsc” jest sugestia szefowej KE, że wysunięta przez Mateusza Morawieckiego koncepcja węglowodorowego podatku będzie jednym z punktów wyjścia w dyskusji o dalszych sankcjach.
Bycie na kontrze wobec mainstreamu jest zresztą dla Berlina pozycją tak dalece niekomfortową, że może już wkrótce zagrozić spójności trójkolorowej koalicji na czele z SPD. Zielona szefowa MSZ Annalena Baerbock już zakwestionowała publicznie obowiązujące stanowisko rządu w sprawie dostaw broni dla Ukrainy, stwierdzając wczoraj, że Kijów potrzebuje większego wsparcia w tej dziedzinie, także w postaci broni ciężkiej. ©℗

Szósty pakiet obejmie również ropę

Szefowie dyplomacji państw UE rozpoczęli wczoraj rozmowy o szóstym pakiecie sankcji, który ma być przygotowany jako kolejna odpowiedź na rosyjską agresję na Ukrainę. Litewski minister Gabrielius Landsbergis przed rozpoczęciem rozmów wyraził zadowolenie, że pakiet mógłby objąć także import rosyjskiej ropy. Sygnalizowali to już wcześniej zarówno szef RE Charles Michel, który stwierdził, że embargo na rosyjskie surowce obejmie ropę i gaz „prędzej czy później”, jak i szefowa KE Ursula von der Leyen, która w Kijowie zapewniała prezydenta Ukrainy, że wkrótce nastąpi kolejna odpowiedź „27” wobec Moskwy.
Zakaz importu ropy z Rosji wspiera także ubiegający się o reelekcję prezydent Francji Emmanuel Macron, choć część dyplomatów zastanawia się, czy istotnie dojdzie do tego przed II turą wyborów zaplanowaną na 24 kwietnia. Na razie prace zostały rozpoczęte, a zarówno von der Leyen, jak i Borrell, którzy osobiście odwiedzili podkijowską Buczę, żeby zobaczyć skalę brutalności rosyjskiej agresji, wydają się zdeterminowani do zaostrzania sankcyjnego kursu.
Głównymi hamulcowymi sankcji w energetyce są Niemcy, Austria i Węgry, jednak po złamaniu energetycznego tabu przy wprowadzaniu embarga na węgiel dyplomaci, z którymi rozmawiał DGP, twierdzą, że nieco łatwiej będzie ujednolicać stanowiska wobec zakazu importu ropy i gazu. Niemiecka minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock podtrzymała wczoraj deklarację całkowitego uniezależnienia się jej kraju od dostaw rosyjskich surowców energetycznych. Kluczowe jednak – według Baerbock – będzie skoordynowanie działań „27” i egzekwowanie wspólnego planu energetycznej suwerenności UE. Do czasu zamknięcia wydania trwały jeszcze rozmowy szefów dyplomacji państw członkowskich. ©℗
MR