Sporo ponad 80 mld zł – tyle wydamy w przyszłym roku na obronność. To już pewne, bo prezydent Andrzej Duda tydzień temu podpisał ustawę o obronie ojczyzny, zakładającą, że na wojsko będziemy przeznaczać co najmniej 3 proc. PKB rocznie. Zapewne w kolejnych latach te wydatki będą większe – wskazują na to przymiarki rządzących do tego, by środki przeznaczane na obronność nie były wliczane do limitu długu wpisanego do konstytucji (60 proc. PKB).
Ale nieważne, jak je zaksięgujemy, bo na te wydatki i tak złożą się podatnicy. – Każdy wyprodukowany karabin, każdy zwodowany okręt, każda wystrzelona rakieta oznacza w podstawowym sensie okradanie głodnego, który nie zostanie nakarmiony, albo nagiego, którego nie przyodziano – mówił prawie 70 lat temu w przemówieniu „Szansa na pokój” prezydent USA Dwight Eisenhower. Te słowa nie straciły na aktualności. Ale nie mamy wyboru, bo atak Rosji na Ukrainę pokazał, że rozmowy o zasadności zwiększenia wydatków wojskowych możemy przynajmniej w najbliższych latach odłożyć do lamusa.
Jednak warto zdawać sobie sprawę, na co te pieniądze przeznaczymy. Choć MON jest w swoich komunikatach dotyczących zakupów i planów oszczędny, to wiadomo, że żołnierzy ma być więcej, a armia ma być nowoczesna. Tak więc duża część środków zostanie przeznaczona na uposażenie kolejnych dziesiątek tysięcy żołnierzy, których zawodowych mamy obecnie ponad 110 tys. Także tych decydujących się na „roczną dobrowolną służbę zasadniczą”, którą można nazwać dobrowolnym poborem. Deklarowane przez ministra obrony Mariusza Błaszczaka powiększenie Wojska Polskiego do 300 tys., z czego 50 tys. w obronie terytorialnej, można włożyć między bajki. Ale już to, że w najbliższych latach, sumując ochotników i zawodowców, dobijemy do 200 tys. osób, wydaje się realne. A to oznacza, że dodatkowe koszty samych pensji będą szły w miliardy.
Reklama
A oprócz uposażenia potrzebne będzie także wyposażenie – mundury, buty, plecaki, karabiny, hełmy czy kamizelki kuloodporne. I to nawet jeśli początkowo liczbę żołnierzy zwiększymy tylko na papierze, a etaty nie będą wypełnione, to wyposażenie będziemy gromadzić. Licząc ostrożnie, że wyposażenie jednego żołnierza kosztuje 20–30 tys. zł, a mamy ich mieć co najmniej 100 tys. więcej, wychodzą 2–3 mld zł. A liczymy oszczędnie. Bez choćby amunicji.
Najpierw niebo

Reklama
Choć zwiększenie wydatków na obronność będzie rozłożone na setki czy wręcz tysiące małych projektów – jak przystosowywanie jednostek, zakupy kolejnych partii mundurów, butów czy apteczek przez regionalne bazy logistyczne Wojska Polskiego – to doczekamy się również kilkunastu spektakularnych zakupów liczonych w miliardach złotych.
Najwięcej pochłonie obrona nieba, czyli pozyskanie zdolności do zwalczania pocisków i statków powietrznych przeciwnika. Wojna w Ukrainie potwierdza, że to zdolność kluczowa na współczesnym polu walki. W uproszczeniu sprowadza się to do tego, że cel trzeba zauważyć (np. przez żołnierza z odległości kilkuset metrów albo radarem z odległości ponad 100 km) i mieć odpowiednie narzędzie (efektor), by go zestrzelić.
Obronę nieba można podzielić na warstwy w zależności od zasięgu i pułapu lotu efektorów. W Polsce to najniższe piętro, czyli bardzo krótki zasięg (VSHORAD), jest rozwinięte całkiem nieźle. Wojsko dysponuje m.in. przeciwlotniczymi zestawami rakietowymi Grom, czyli wyrzutniami, które żołnierz może zarzucić na ramię i zestrzelić śmigłowiec czy nawet samolot lecący nie wyżej niż 3,5 km i nie dalej niż 5 km. Ale są też bardziej złożone zestawy Pilica, które dodatkowo wyposażone są także w działko kalibru 23 mm, czy samobieżne zestawy Poprad wykrywające cele za pomocą optoelektroniki. Znacznie gorzej jest w piętrach wyższych, czyli obronie nieba krótkiego zasięgu (do ok. 40 km) i średniego (do ponad 100 km). Dobrym zobrazowaniem stanu rzeczy jest to, że Amerykanie do ochrony południowo-wschodniej Polski, gdzie stacjonuje teraz kilka tysięcy żołnierzy US Army, w ubiegłym tygodniu przysłali własne baterie systemu Patriot. Także Brytyjczycy przekażą wkrótce do Polski system krótkiego zasięgu Sky Sabre.
Ale to ma się zmienić. Rozmowy w ramach programu „Narew” obejmującego zakup 23 baterii, składających się m.in. z wyrzutni i radarów, już trwają. Zgodnie z pierwotnym harmonogramem miały się zakończyć w III kw. przyszłego roku. Wiadomo, że wskutek wojny radykalnie przyspieszyły i podpisania umowy można się spodziewać do końca tego roku. Co istotne, duża część programu ma być zrealizowana przez polski przemysł zbrojeniowy – przez państwową Polską Grupę Zbrojeniową. Koszt to ok. 60 mld zł. Nawet jeśli tę kwotę rozbijemy na 10 lat, to wychodzi niebagatelne 6 mld zł rocznie.
Jeszcze wyższą warstwę obrony polskiego nieba będą „pokrywały” zestawy Patriot (program „Wisła”). Dwie pierwsze baterie, czyli cztery jednostki ogniowe, z których każda liczy po cztery wyrzutnie i jeden radar, trafią do Polski jesienią. Operacyjne będą w połowie przyszłego roku. To efekt podpisanej w marcu 2018 r. umowy na pierwszą fazę programu. Koszt? Około 20 mld zł. Założenia były takie, że druga faza obejmie kolejnych sześć baterii. Ale przez kolejne lata nawet nie rozpoczęliśmy negocjacji w tej materii. Oficjalną wymówką było to, że czekamy na nowy radar, który Amerykanie sobie wybiorą, a my kupimy już tę nowszą wersję. Jednak głównym argumentem były wysokie koszty i niezrozumiała niechęć MON do podejmowania decyzji. Teraz to się zmieniło i negocjacje nabrały tempa. Chodzi jednak nie o kolejne sześć baterii, a raczej o cztery. To wynika z tego, że programy „Wisła” i „Narew” będą mocno zintegrowane, co oznacza m.in., że sensory „Narwi” będą mogły wykorzystywać wyrzutnie „Wisły”. Można szacować, że zapłacimy co najmniej tyle, co w pierwszej fazie, czyli kolejne 20 mld zł. Tak więc tylko na drugie i trzecie piętro obrony polskiego nieba wydamy w najbliższych latach co najmniej 80 mld zł. Jednak te zakupy wydają się niezbędne. Można się pocieszyć, że nie budujemy piętra czwartego, czyli nie chcemy przechwytywać pocisków międzykontynentalnych.
W kontekście obrony przeciwlotniczej oraz przeciwrakietowej można również napisać o wartym co najmniej 8 mld zł zakupie trzech fregat Miecznik. Choć dla laika może brzmieć to zaskakująco, to nowoczesne okręty mają duże zdolności w tym zakresie i mogą znacznie przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa np. Trójmiasta. Albo amerykańskiej bazy w Redzikowie. Poza tym ten zakup pozwoli nieco zaczerpnąć powietrza Marynarce Wodnej, która od lat de facto tonie i z roku na rok ma coraz bardziej symboliczne zdolności bojowe. Zupełnie nie ma ich już pod wodą, ponieważ w ostatnich latach wycofaliśmy ze służby będące już w muzealnym wieku okręty Kobben, a nasze jedyna podwodna jednostka ORP „Orzeł” jest w niekończącym się remoncie. Sytuacja w Odessie, gdzie rosyjskie siły, grożąc desantem, wiążą żołnierzy ukraińskich, którzy mogliby być używani w innych miejscach, pokazuje, że marynarze to ważny element armii. Ważny też dla ochrony statków handlowych, choćby tych transportujących gaz. Wydaje się, że politycy obozu rządzącego to wreszcie zrozumieli.
A jednak się da
Jakie jeszcze duże wydatki na uzbrojenie sfinansuje w najbliższym czasie polski podatnik? Nieco mniej niż na poszczególne piętra obrony nieba mamy wydać na hucznie zapowiadany zakup 250 amerykańskich czołgów Abrams. O kwocie 23 mld zł informowali minister obrony Mariusz Błaszczak i wicepremier Jarosław Kaczyński na wspólnej konferencji w lipcu ubiegłego roku. Ale do tej pory nie mamy jeszcze wiążącej umowy, mimo że w ostatnich tygodniach zgodę na sprzedaż wydał amerykański Kongres. Choć zakup jest kontrowersyjny m.in. z powodów logistycznych, gdyż wprowadzamy kolejną rodzinę czołgów do Wojska Polskiego, to istotny. Wbrew przebijającym się najczęściej w mediach społecznościowych obrazkom, na których widać, jak piechota ukraińska unieszkodliwia pociskami przeciwpancernymi czołgi i wozy bojowe rosyjskich najeźdźców, oddziały pancerne odgrywają jednak w tej wojnie rolę ważniejszą.
Warto zaznaczyć, że same czołgi nie wystarczą. – One nie mogą być ślepe, potrzebują współdziałania z innymi jednostkami. Dlatego ten program nie może się skończyć na zakupie 250 czołgów. By to była duża wartość dodana, muszą za tym pójść programy pomocnicze. Obrazek stojących w polu rosyjskich pojazdów bez paliwa i części zamiennych, załóg, które nie wiedzą, gdzie są i czy ktoś im pomoże, winien być dla nas przestrogą – przestrzega Mariusz Cielma, redaktor naczelny „Nowej Techniki Wojskowej”.
Arcyważną i równie mało widoczną w mediach społecznościowych częścią wojny w Ukrainie jest artyleria. To broń, która naprawdę jest potężna. Na przykład system Himars, którego trzy lata temu zamówiliśmy 20 sztuk (jeden dywizjon to 18 sztuk plus dwie przeznaczone do szkolenia), z odpowiednimi pociskami potrafi razić cele odległe nawet o 300 km. Teraz trwają negocjacje dotyczące zakupu kolejnych dwóch dywizjonów, które mają już być bardziej spolonizowane i wyposażone w zintegrowany system zarządzania walką Topaz produkowany przez ożarowską Grupę WB. Pierwszy dywizjon kosztował nas ponad 400 mln dol., czyli prawie 2 mld zł. Kolejne dwa to będą prawie 4 mld zł.
Na polu walki ogień artylerii jest często obserwowany przez bezzałogowe statki powietrzne, które pozwalają go na bieżąco korygować, przez co uderzenia są precyzyjne. O zakupie dronów obserwacyjnych minister Błaszczak już informował. Ale zapewne ponad 1 mld zł wydamy na amunicję krążącą, czyli drony-kamikadze operujące w rojach. W jednym roju może lecieć do ok. 10 sztuk (technicznie może ich być więcej, ale tyle jest w stanie nadzorować jeden operator), część jest obserwacyjna, a część uderzeniowa. To oznacza, że w cel może uderzyć kilka sztuk jednocześnie. Nieoficjalnie wiadomo, że od ubiegłego tygodnia toczą się rozmowy dotyczące zakupu systemu W2MPIR od Grupy WB. – Informacji o ewentualnym zainteresowaniu udzielają klienci, my tego w żaden sposób nie komentujemy – stwierdził Piotr Wojciechowski, prezes Grupy WB, pytany o tą kwestię. Rzecznik Agencji Uzbrojenia na pytanie w tej sprawie nam jeszcze nie odpowiedział.
Za to oficjalną i potwierdzoną przez Agencję Uzbrojenia informacją jest to, że kupimy amerykańskie drony rozpoznawczo-uderzeniowe MQ-9A Reaper, które mogą unieść ponad tonę bomb i rakiet i utrzymać się w powietrzu ponad dobę. Nie znamy jednak na razie liczby ani kwoty. Ale to także będą miliardy złotych.
To nie koniec zakupów związanych z obserwacją. – Zwiększamy zdolności rozpoznawcze Wojska Polskiego. Jeszcze w tym półroczu podpiszemy umowę z naszymi partnerami z Francji na dwa satelity obserwacyjne wraz ze stacją odbiorczą w Polsce, które wejdą w skład szerszej konstelacji satelitarnej obserwacji Ziemi – zapowiedział w środę Mariusz Błaszczak. Choć może dziwić pośpiech w ogłaszaniu takich rewelacji – negocjacje de facto się jeszcze nie rozpoczęły – to wiadomo, że rozmawiamy o kwocie 3–4 mld zł. Ale to także zakup niezbędny. – Gdyby nie rozpoznanie Amerykanów, mogło by być tak, że Ukraińcy już by się poddali – mówi nam jedna z osób zajmujących się bezpieczeństwem w obozie rządowym. Takie dwa satelity pozwolą na obserwowanie danego obszaru kilka razy na dobę. Działając w konstelacji nawet częściej. Na marginesie warto odnotować, że po raz pierwszy o tym programie na łamach DGP pisaliśmy osiem lat temu. Teraz wreszcie dojdzie do zakupu.
Ale zejdźmy na ziemię. Bo tutaj także można spodziewać się przyspieszenia. Jednym z większych kontraktów, które zapewne zostanie podpisany w najbliższych miesiącach, to zakup ponad pół tysiąca wozów bojowych piechoty Borsuk, co będzie kosztować co najmniej kilkanaście miliardów złotych i Hucie Stalowej Woli da co najmniej 10 lat pracy. Program prowadzony jest od lat, można założyć, że wreszcie wejdzie w fazę produkcji.
Liczy się każdy grosz
Kontrakty na opisywany sprzęt zostaną podpisane w najbliższych miesiącach. Ale to wcale nie oznacza, że umów nie będzie więcej – być może doczekamy się kupna śmigłowców bojowych, gdyż polskie Mi-24 nadają się co najwyżej do latania w trakcie defilady 15 sierpnia. Tu wybieramy między opcją amerykańską a amerykańską. To kolejne miliardy. Prawdopodobne jest także dokupienie kolejnych partii pocisków przeciwpancernych.
Ale te zakupy są potrzebne, to mało kontrowersyjne – na pewno zwiększą zdolności Wojska Polskiego do obrony. A choć dostawy to proces wieloletni, możemy założyć, że za 10 lat nasze wojsko będzie lepiej wyposażone, a braki w sprzęcie znacznie mniejsze.
Warto też jednak zdawać sobie sprawę, że tylko ten sprzęt będzie kosztował podatnika ok. 150 mld zł. Nawet jeśli rozłożymy to na 10 lat, to wychodzi po 15 mld rocznie. Jeśli dołożymy do tego wzrost liczebności wojska, a co za tym idzie zwiększenie wydatków na pensje, to rocznie możemy zagospodarować nawet ponad 20 mld zł. Można wręcz mieć wrażenie, że i drugie tyle nie będzie problemem. Jednak trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że to dopiero początek. Sama cena zakupu uzbrojenia to ok. 30 proc. tzw. kosztu życia sprzętu: zakupu, wykorzystania, modernizacji i wreszcie wycofania uzbrojenia. Pocieszeniem może być to, że to pozostałe 70 proc. rozłoży się na kolejne ok. 40 lat.
Ciesząc się więc, że będziemy nieco bardziej bezpieczni, warto pamiętać o słowach Eisenhowera i o tym, że gdy wydajemy więcej na wojsko, to mniej na służbę zdrowia czy oświatę. Mając to w pamięci, należy zabiegać o to, by wydawanie tych środków było jak najbardziej transparentne. To, że wydamy miliardy, nie znaczy, że możemy zmarnować choćby złotówkę. ©℗