Choć łączący Polskę z bogatymi złożami gazu na szelfie norweskim polsko-duński gazociąg ma być furtką do pełnej niezależności od dostaw z Rosji, to Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo na rok przed uruchomieniem inwestycji nie zawarło wszystkich kontraktów na wypełnienie całej należnej mu przepustowości rury. Jak wyjaśniał niedawno nadzorujący realizację Baltic Pipe pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski, PGNiG na 15 lat wykupiło ponad 8 mld m sześc. gazu przepustowości gazociągu przy możliwościach szacowanych na 10 mld m sześc.
Prezes gazowej spółki Paweł Majewski powiedział w niedawnej rozmowie z DGP, że PGNiG rezerwuje „znakomitą większość przepustowości” rury i że firma spodziewa się zapełnić ją w większości gazem z własnego wydobycia na Norweskim Szelfie Kontynentalnym. Ile gazu ma na ten moment zapewnione PGNiG? Wygląda na to, że maksymalnie 4 mld m sześc., a reszta jest przedmiotem negocjacji. Jak tłumaczył nam Majewski, dzięki marcowej umowie z firmą Ineos liczba posiadanych przez PGNiG koncesji w Norwegii wzrośnie z 36 do 58, co pozwoli spółce skokowo zwiększyć tamtejsze wydobycie z 1 mld m sześc. do 2,5 mld m sześc. gazu rocznie. Czeka ona jeszcze na ostateczne zgody norweskiej administracji. Majewski dodał, że w szczytowym momencie w 2027 r. spodziewa się wydobycia w Norwegii na poziomie 4 mld m sześc. – To tyle, ile wydobywamy dziś w całej Polsce. Do tego dochodzą negocjowane właśnie kontrakty z wiodącymi spółkami, które zajmują się wydobyciem gazu na norweskim szelfie – tłumaczył prezes PGNiG.
– Nie musimy zabezpieczać tego od razu z perspektywą wielu lat. Nawet lepiej zostawić sobie część możliwości handlowych na później – dowodził dopytywany, kiedy można się spodziewać końca tych negocjacji. Ze względu na komplikacje administracyjne związane ze zgodami środowiskowymi po stronie duńskiej sam Baltic Pipe nie ruszy z pełną przepustowością w październiku przyszłego roku, kiedy jest planowane ukończenie inwestycji. Ile gazu będzie mogło być wtedy przesyłane? – To kwestia jeszcze nie do końca określona, ale według deklaracji Energinetu i władz duńskich pełna przepustowość 10 mld m sześc. będzie możliwa do końca przyszłego roku. Natomiast w październiku będzie to prawdopodobnie 2–3 mld m sześc. – tłumaczył Naimski dziennikarzom 30 sierpnia.
Reklama
Po polskiej stronie jest układany teraz ostatni fragment rury na polskim Bałtyku wraz z wejściem na ląd. Na morzu pracuje ten sam statek, który układał Nord Stream 1. Jak zapewniał Naimski, część morska powinna być ukończona do końca roku. Jego zdaniem 2022 r. będzie momentem uniezależnienia się Polski od monopolistycznych dostaw gazu z Rosji. Długoterminowy kontrakt wygaśnie w grudniu przyszłego roku. – Będziemy mogli powiedzieć, że Rosjanie przestali mieć możliwość naciskania na Polskę politycznie poprzez regulowanie dostaw gazu. Nie będą mogli używać presji cenowej na Polskę – mówił. Przyznał jednak, że nawet gdy Warszawa zupełnie uniezależni się od dostaw z Rosji, po uruchomieniu Nord Stream 2 (dodatkowe 55 mld m sześc. przepustowości z Rosji) Gazprom wciąż będzie wpływać na warunki rynkowe w Europie. Zauważył, że już teraz cena gazu poszybowała w górę, bo Gazprom manipuluje dostawami.
Z kolei prezes PGNiG, zapytany przez DGP, czy będą konieczne umowy spotowe z Gazpromem, odparł, że nie można zupełnie wykluczyć dostaw z tego kierunku. – Chcemy zapewnić sobie możliwość zakupu gazu z innych źródeł, by uniezależnić się od dostaw ze Wschodu. Nie chcemy działać pod przymusem, bo widzimy, jak Gazprom może wpływać na ceny gazu na kontynencie z powodów czysto politycznych. Właśnie dlatego nie planujemy przedłużania kontraktu jamalskiego, choć zdajemy sobie sprawę ze zmiennych okoliczności cenowych czy geopolitycznych. Stąd nie możemy całkowicie wykluczyć zakupów z tego kierunku, choć z pewnością nie będziemy się wiązać żadną długoterminową umową. Podkreślę jeszcze raz: musimy mieć możliwość wyboru, a nie przymus – mówił Majewski.
Współpraca Tomasz Żółciak