W opinii Donalda Tuska 3D („dług, daniny, drożyzna”) charakteryzują sytuację makro- ekonomiczną Polski rządzonej przez PiS. Rozumiem, że po przejęciu rządów przez anty-PiS polityka makro zmieni się radykalnie: nowe rządy przestaną się zadłużać, redukując przy tym poziom „danin”, oraz zdławią „drożyznę”.
Zanim zarysuję mój pogląd na taki właśnie program gospodarczy, chciałbym usytuować tenże program w szerszym kontekście historycznym i geograficznym. Otóż według wiarygodnych przewidywań Eurostatu (AMECO) dług publiczny Polski ma w 2021 r. osiągnąć poziom 57,1 proc. PKB (z poziomu 45,6 proc. w 2019 r.). Ale w tym samym czasie dług publiczny krajów strefy euro ma wzrosnąć z 85,8 proc. PKB do 102,4 proc. Imponujący „wynik” Eurolandu nie wzbudza w UE żadnego niepokoju. Przeciwnie, cała UE ma się właśnie dodatkowo zadłużyć na wielką skalę, by sfinansować unijny „program odbudowy”. Poglądy polityków i ekonomistów na dopuszczalność (bądź celowość) polityki zadłużania się zmieniły się radykalnie w trakcie ostatnich 8 lat. Faktu tego zdaje się nie dostrzegać premier Tusk. Zdaje się on wciąż wierzyć w nieodzowność „konsolidacji fiskalnej”, która, jak powszechnie wiadomo, doprowadziła strefę euro do powtórnej recesji w latach 2011–2013. Nie od rzeczy będzie też przypomnieć, że rząd PO-PSL również nie zdołał utrzymać długu publicznego w ryzach. W latach 2007–2013 wzrósł on z 44,5 proc. do 56,4 proc.
W kwestii „danin” Polska, tak PiS-u, jak i PO, wyraźnie odstaje od Europy. Jesteśmy krajem niskich podatków – co przekłada się na jakość publicznych świadczeń zdrowotnych, edukacyjnych i socjalnych. W Polsce podatki (i składki, łącznie) stanowiły 33,4 proc. PKB w 2015 r. – dużo mniej niż średnio w strefie euro (41,3 proc). W 2021 r. mają w Polsce wzrosnąć do poziomu 36,8 proc. PKB – wciąż dużo mniej niż w strefie euro (41,0 proc.), nie wspominając o Danii, kraju o najwyższym poziomie społecznej szczęśliwości, gdzie wskaźnik ten ma wynieść 45,3 proc.
Pozostaje jeszcze sprawa „drożyzny”. Średnia stopa inflacji w latach 2016–2020 to tylko 1,7 proc. Jest to mało, mniej niż wynosi cel inflacyjny NBP. Istotnie, pod tym względem początek 2021 r. może wyglądać raczej niepokojąco. Jest jednak przesadą straszyć się „drożyzną”. Po pierwsze, za przyspieszenie inflacyjne odpowiada po części wzrost cen paliw, zależny od tendencji na rynku międzynarodowym, po części szkodliwa (przyznaję!) polityka rządowego kartelu producentów i dostawców energii elektrycznej. Po drugie, ceny żywności i innych towarów „wolnorynkowych” rosną najwolniej – poniżej tempa wzrostu płac i innych dochodów gospodarstw domowych. Po trzecie, już w czerwcu zanotowano obniżenie się dynamiki inflacji. Sądzę, że ta tendencja utrzyma się w najbliższych kwartałach. W żadnym wypadku nie jest uzasadnione wiązanie inflacji z narastaniem długu publicznego lub wzrostem ilości pieniądza (por. wykres).
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.