Reklama
Jak poinformował dziennik „Handlesblatt”, w ciągu najbliższych dwóch lat z niemieckich fabryk volkswagena może odejść nawet 5 tys. pracowników. Podkreślono jednak, że firma będzie respektować porozumienia wypracowane ze związkami zawodowymi, co oznacza, że obejdzie się bez zwolnień, które umowa wyklucza przez kolejne osiem lat. Pracownicy będą żegnać się z firmą na zasadzie dobrowolnych odejść i wcześniejszych emerytur. Choć koszty operacji szacuje się na ok. 500 mln euro, to ma ona przynieść wymierne oszczędności, pozwalające na realizację nowych projektów.
Te, jak na razie, są pozytywnie przyjmowane przez inwestorów. Po deklaracji, że firma postawi sześć fabryk akumulatorów w Europie, niejako rzucając wyzwanie Tesli, we wtorek odnotowała rekordowy 29-proc. wzrost cen akcji. Liderzy koncernu przyznają, że redukcja emisji wymagana przez Komisję Europejską i wizja przejścia na zielone napędy skutecznie wymusza inwestycje, nawet w obliczu wciąż trwającej pandemii i problemów na rynku sprzedaży. Firma ma przez kolejne cztery lata zainwestować 16 mld euro w e-mobilności i ucyfrowienie aut. Jednocześnie, podobnie jak inne koncerny, takie jak Ford czy Volvo, przedstawiła plan dotyczący zielonych napędów, który zakłada, że do 2030 r. elektryczne samochody mają stanowić 60 proc. europejskiej oferty firmy. Zmniejszenie zatrudniendia ma być zatem elementem szerszej strategii – do 2023 r. Volkswagen chce obniżyć koszty stałe o 5 proc. przy jednoczesnym wzroście produktywności.
Volkswagen nie jest jedynym koncernem motoryzacyjnym, który w ostatnim czasie przedstawił plany zmniejszenia zatrudnienia. Inni również podkreślają, że w obecnej sytuacji muszą stać się bardziej elastycznymi organizacjami. By to osiągnąć, brytyjski Jaguar Land Rover należący do indyjskiego Tata Motors ogłosił w ubiegłym miesiącu, że jego flagowa marka stanie się w pełni elektryczna już w ciągu najbliższych czterech lat, a z listy płac będzie zmuszony pozbyć się ok. 2 tys. pracowników. Przed wyzwaniem szybkiej redukcji kosztów stanął też Aston Martin, który ogłosił w lutym, że jego strata za ubiegły rok wyniosła ponad 460 mln funtów, czyli blisko cztery razy więcej niż rok wcześniej. W ramach wdrożonego planu naprawczego firma chce zwolnić ok. 200 swoich pracowników – 10 proc. załogi.
Eksperci wskazują, że redukcja zatrudnienia wiąże się ze specyfiką elektryfikacji samochodów. – Samochody z silnikami elektrycznymi mają prostszą konstrukcję. Nie wymagają skrzyń biegów czy wałów napędowych, a to oznacza, że liczba ludzi zatrudnianych w zakładach produkcyjnych będzie mniejsza. Jednocześnie nowe inwestycje to wzrost robotyzacji. Żaden z koncernów nie zrezygnuje z unowocześnienia swoich zakładów, gdy ma taką możliwość. A to oznacza, że zapotrzebowanie na pracowników produkcyjnych będzie maleć – ocenia Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.
Część firm motoryzacyjnych już wcześniej zapowiedziała zwolnienia, inni wciąż walczą o to, by utrzymać dotychczasowy poziom. Renault w ubiegłym roku zdradził, że do 2025 r. zmniejszy zatrudnienie o 15 tys. osób na całym świecie. Z kolei Stellantis, powstały po połączeniu Fiat Chrysler Automobiles z grupą PSA, planuje zaoszczędzić 5 mld euro rocznie, jednak jak podkreślał szef koncernu Carlos Tavares, bez zamykania fabryk i redukcji zatrudnienia.
Polskie zakłady redukcje etatów jak na razie mają za sobą. W gliwickim Oplu wraz z ubiegłym rokiem zakończono program dobrowolnych odejść. Od sierpnia 2019 r. do grudnia 2020 r. z pracą rozstało się 278 osób. Fabryka przeszła na jednozmianowy tryb pracy, a zgodnie z planem w przyszłym roku pracownicy rozpoczną produkcję w drugim zakładzie, specjalizującym się w samochodach dostawczych.
Z kolei Volkswagen Poznań poinformował w ubiegłym roku, że do końca 2021 r. pracę w polskim zakładzie zakończy ok. 450 osób, z którymi nie zostaną przedłużone umowy na czas określony. Z drugiej strony w wyniku umów ze związkowcami zagwarantowano, że do 2024 r. w spółce będzie pracowało 8,5 tys. osób zatrudnionych na czas nieokreślony. A pracownicy tyskich zakładów Fiata zawarli w lutym porozumienie z zarządem w sprawie wynoszących 450 zł podwyżek i premii w wysokości 1,8 tys. zł.