Stoki znów są naśnieżane z nadzieją, że będą mogły pracować do końca sezonu. Ale ich właściciele, choć z zadowoleniem przyjęli otworzenie swoich biznesów, wskazują, że w ich przypadku trudno mówić o odrabianiu strat. To raczej kwestia walki o przetrwanie. – W naszym przypadku sezon trwa dwa–trzy miesiące, a dwie trzecie zimy już minęło. W dwa tygodnie nie zarobimy na cały rok. Jesteśmy już po przerwie świątecznej i feriach zimowych. Najlepszy czas dla miłośników sportów zimowych minął. Pamiętajmy, że stacje narciarskie to nie tylko Podhale, Beskid Śląski czy Dolny Śląsk, ale też świętokrzyskie, Mazury, Podkarpacie, Lubelszczyzna czy Kaszuby. Tam z końcem lutego będzie po sezonie. Dodatkowo trudno przewidzieć, jakie będą decyzje rządu za tydzień czy dwa – mówi Sylwia Groszek, rzeczniczka stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne (PSNiT).
Jak dodaje, by utrzymać się na powierzchni, potrzebna jest branżowa tarcza pomocowa – choć stacje narciarskie są wymienione w PKD objętych pomocą, to w większości nie mogą z nich skorzystać, bo to biznesy rodzinne. – Z naszych wstępnych obliczeń wynika, że z obecnej tarczy skorzystało ok. 30–40 proc. firm. Otrzymana pomoc pokrywa raptem kilka procent strat, jakie branża poniosła – ocenia rzeczniczka.
Do pracy wracają również hotele, które szykują się na przyjęcie pierwszych gości. – Systemy rezerwacyjne w miniony weekend były rozgrzane do czerwoności. Popyt jest bardzo duży, szczególnie w miejscowościach górskich. Dzięki zimowej aurze wielu gości planuje dłuższe pobyty – wskazuje Marek Łuczyński, prezes Polskiej Izby Hotelarzy (PIH).
Reklama
Jak mówi jednak, by otwarcie miało jakikolwiek sens, musi potrwać dłużej niż dwa tygodnie, gdy ma zostać ogłoszona kolejna decyzja rządu o podtrzymaniu działania bądź powrocie do obostrzeń. – W czarnym scenariuszu otwarcie na dwa–trzy tygodnie zwróci może 10 proc. z całego zimowego sezonu. Uruchomienie hotelu też nie jest proste, przystosowanie do standardów wymaga pracy, dodatkowe koszty generuje też ogrzewanie – przypomina prezes PIH.
W wielu przypadkach problemem mogą być też niedobory pracownicze na niższych szczeblach – w działach recepcyjnych czy wśród kelnerów, którzy w obecnej sytuacji postanowili zmienić branżę. To wszystko sprawia, że przedsiębiorcy nie dopuszczają do siebie myśli, że wkrótce mieliby znowu zamykać biznes. – Wielu właścicieli przyznaje wprost, że od teraz będą już działać. I to niezależnie od późniejszych decyzji rządu – mówi Marek Łuczyński.
Właśnie z tego powodu z przyjmowania rezerwacji rezygnują na razie duże sieci kinowe, choć dla nich walentynki to tradycyjnie okres ogromnego obłożenia. Teraz zarówno Helios, jak i Multikino poinformowały widzów, że na ich uruchomienie trzeba będzie jeszcze poczekać. Operatorzy chcą mieć pewność, że po skompletowaniu kadry, opracowaniu nowego repertuaru i zaplanowaniu akcji promocyjnych będą mogli trwale wznowić działalność. Na tym zależy też galeriom handlowym, dla których byłby to kolejny etap przywracania normalności. – Kina są istotnym elementem oferty centrów handlowych, w zależności od repertuaru razem z innymi najemcami z sektora rozrywki i spędzania wolnego czasu odpowiadają średnio za ok. 10–15 proc. odwiedzalności – mówi Agata Samcik, dyrektor ds. komunikacji w Polskiej Radzie Centrów Handlowych. Rezerwacje przyjmuje już natomiast większość kin studyjnych, które są zobowiązane do wznowienia działalności za sprawą wymagań związanych z otrzymaniem wsparcia z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.