W ten sposób wzmocnione zostałyby powiązania między partnerami w regionie oraz współpraca euroatlantycka. Sceptycy przypominają, że polskie projekty są w powijakach, a w przeszłości były już wielokrotnie przekładane. Natomiast w Czechach rozpisywany jest już przetarg ze skonkretyzowaną specyfikacją. Pogląd ten dodatkowo wzmacnia argument, że w zakresie polsko-czeskiej współpracy energetycznej w ostatnich dekadach nie osiągnięto niczego istotnego.
Propozycja wpisuje się w trwający spór o to, jak rozpisać przetarg na budowę nowego reaktora w najstarszej czeskiej elektrowni jądrowej Dukovany. Chodzi też o to, by nie dopuścić do inwestycji firm z Rosji lub Chin. Kraj będzie potrzebować nowych źródeł energii ze względu na stopniowe odchodzenie od wydobycia węgla, które powinno się zakończyć w 2038 r. Energia jądrowa jest w Czechach uznawana za bezpieczną i zieloną. Stanowi 39 proc. ogólnej produkcji energii, gdy paliwa kopalne to 57 proc., a energia odnawialna (OZE) – 4 proc.
Rządy obu krajów mają podobne poglądy na wydobycie węgla i podobne obawy związane z wprowadzaniem OZE oraz naciskiem Unii Europejskiej na redukcję emisji. W Czechach węgiel odgrywa jednak znacznie mniejszą rolę, zarówno w samej energetyce, jak też w wymiarze politycznym. Nie ma tu aż tak wielkich obaw o utratę miejsc pracy w związku z zakończeniem wydobycia, które skutecznie paraliżują polskie próby reform. Według Czeskiej Izby Źródeł Energii Odnawialnej gospodarka mogłaby łatwo osiągnąć redukcję emisji o 55 proc. w stosunku do 1990 r., gdyby skoncentrowano się tylko na docieplaniu budynków i pozyskiwaniu energii wiatrowej i słonecznej. Rząd wybrał jednak drogę wybudowania nowego bloku w Dukovanach.
Czesko-polskie relacje obserwuję od dawna. Powodem, dla którego nie udało się do tej pory zrealizować żadnego wspólnego projektu energetycznego, był wzajemny brak zaufania. Niektórzy czescy eksperci przypominają przełom wieków, gdy dużo mówiono o wybudowaniu połączeń gazowych. Czechy miały nawet wstępnie przyznane pieniądze z UE na budowę gazociągu tranzytowego Stork II, który miał przez Morawy połączyć Polskę i Czechy z austriackim terminalem w Baumgarten. Jednak wcześniejsze polskie obietnice, dotyczące wybudowania terminala LNG i gazociągów, których nie zrealizowano wcale albo zrealizowano ze znacznym opóźnieniem, spowodowały, że Czechy skoncentrowały się na połączeniu z systemem niemieckim wykorzystującym rosyjski gazociąg Nord Stream.
Większe dostawy gazu nie są Czechom potrzebne, a do połączenia z Polską w zupełności wystarczy jeden gazociąg Stork. Dla czeskiej strony niezrozumiały był polski argument, że gdyby wybudowano Stork II, do Polski mogłyby się dostać molekuły gazu z NS. Innej perspektywy dostarczają inwestycje polskich i czeskich firm w sektorze energetycznym sąsiada. O ile Czechy umożliwiły Orlenowi uzyskanie kontroli nad Unipetrolem, to czescy inwestorzy są w Polsce postrzegani jak natrętne muchy i rzuca się im nieustannie kłody pod nogi. Przy czym prywatny czeski inwestor po zakupie kopalni PG Silesia udowodnił, że z praktycznie zlikwidowanej firmy można uczynić prosperujące, nowoczesne przedsiębiorstwo. Inny przykład stanowi prywatna firma Energo Pro, która ma złe doświadczenia z prywatyzacją czterech elektrowni wodnych na Dunajcu. W 2011 r. polskie władze wstrzymały tę prywatyzację z powodu lokalnych protestów, co nie przyczyniło się do postrzegania Polski jako partnera godnego zaufania.
Kolejną kwestią, która komplikuje współpracę strategiczną, jest odmienna polityka energetyczna obu państw. Polska nawet po przeprowadzonej w latach 90. prywatyzacji zachowała praktycznie całkowitą kontrolę nad sektorem energetycznym. Z kolei największa czeska firma energetyczna ČEZ, w której państwo też ma udział większościowy, musi jednak uwzględniać interesy mniejszych akcjonariuszy. Pozostała część sektora znajduje się niemal wyłącznie w rękach prywatnych, czego efektem jest odmienna strategia energetyczna.
Budowaniu wzajemnego zaufania w dziedzinie energetyki nie służy również aktualny spór wokół elektrowni Turów, której rozbudowy obawiają się czescy i niemieccy sąsiedzi. Po czeskiej stronie panuje przekonanie, że Polacy nie rozumieją obaw sąsiadów i nie chcą o nich rozmawiać. Spór ten jest w stanie istotnie popsuć relacje czesko-polskie, dotyczy bowiem konkretnych ludzi, a nie współpracy strategicznej, która dla większości obywateli jest czymś abstrakcyjnym. Pomysł, żeby Czechy dołączyły do polsko-amerykańskiej umowy, jest interesującym ćwiczeniem intelektualnym, które – jeżeli wziąć pod uwagę dotychczasową współpracę w zakresie energetyki – pokazuje przede wszystkim zaniedbania w naszych relacjach, chociaż nasi politycy twierdzą coś zgoła innego.