Od wybuchu kryzysu finansowego zdecydowanej większości gospodarek towarzyszy olbrzymia luka popytowa i powiązana z nią malejąca presja cenowa. Nawet przy solidnym ożywieniu gospodarki amerykańskiej, koła napędowego w obecnym cyklu koniunkturalnym, i towarzyszących mu wzrostom stóp rynkowych oczekiwania co do przyszłej inflacji ciągle pozostają na historycznie rzecz biorąc, bardzo niskim poziomie.
Ekonomiści, inwestorzy, politycy, obserwując bieżącą niską inflację, wyższe niż przed kryzysem bezrobocie i stabilne agregaty monetarne, praktycznie zgadzają się co do tego, że inflacja nie ma prawa pojawić się przez najbliższe 5 lat.
Argumenty przeciw takim prognozom, należy uczciwie przyznać, ciągle są bardzo subtelne. Obecne w USA w latach 70. spirale płacowo-cenowe przestały się pojawiać po wyeliminowaniu mechanizmów indeksacyjnych w większości gospodarek rozwiniętych. Stąd zarobki godzinowe przestały odzwierciedlać ruchy na inflacji. Również wzrosty produktywności i skumulowane nierówności w dochodzie właścicieli kapitału i pracowników wcale nie muszą zwiastować rychłego wzrostu płac i cen. Firmy ustalają płace praktycznie w oderwaniu od produkcyjności pracy. Łączny wzrost produktywności pracy w ostatnich sześćdziesięciu latach był kilka razy wyższy od łącznego wzrostu płac.