Szantaż prezesa EBC

W porównaniu ze skutkami rozpadu unii walutowej koszty uratowania strefy euro, na jakie zdaniem większości ekonomistów powinny zdecydować się Niemcy, są relatywnie niewielkie. Ale jednak liczone w setkach miliardów euro. – Kanclerz musi zdać sobie sprawę, że sytuacja jest nadzwyczajna. Jest bliźniaczo podobna do tej, gdy rodziła się Republika Federalna. Wówczas pod naciskiem Stanów Zjednoczonych darowano Niemcom dług wobec krajów europejskich oceniany na 300 proc. PKB i wymóg wypłaty odszkodowań. Bez tego nie byłoby powojennego niemieckiego cudu gospodarczego – podkreśla Cinzia Alcidi.

I przypomina, że Berlin ma też swój udział w obecnych kłopotach strefy euro: jako pierwszy złamał pakt o stabilności i rozwoju, który miał wprowadzić kary dla państw o nadmiernym deficycie budżetowym, a niemieckie banki miały potężny udział w finansowaniu bańki spekulacyjnej na południu Europy, nie zastanawiając się nad tym, czy ich dłużnicy będą mieli kiedykolwiek szanse spłacić zobowiązania.

Na początku lipca 17 wybitnych europejskich ekonomistów publicznie zaapelowało do przywódców państw strefy euro o podjęcie decyzji, bez których nie da się uratować unii walutowej: stworzenia wspólnego systemu nadzoru banków Wspólnoty i funduszu gwarantującego depozyty oraz mechanizmu, który zapewni przynajmniej częściowe uwspólnotowienie długu państw Eurolandu (jedna z koncepcji zakłada powołanie przez Brukselę funduszu, który przejmie dług krajów strefy euro powyżej 60 proc. PKB w zamian za obietnicę, że spłacą go w ciągu 25 – 30 lat). Zdaniem sygnatariuszy listu pozwoliłoby to na stabilizację rynków finansowych w średnim okresie. Na krótką metę Berlin powinien natomiast zgodzić się na przyznanie licencji bankowej Europejskiemu Mechanizmowi Stabilizacji (ESM), dzięki czemu mógłby on w zasadzie bez ograniczeń korzystać ze wsparcia EBC i kupować na wielką skalę obligacje peryferyjnych państw Unii.

Wprowadzenie w życie tych propozycji oznaczałoby podjęcie przez Berlin ryzyka spłaty długu krajów południa Europy. Nie zachowali się tradycyjnie – minister finansów Wolfgang Schaeuble nie odrzucił tych koncepcji, ale uzależnił zgodę na utworzenie unii transferowej od przebudowy systemu politycznego UE. Bruksela, a właściwie jej nowe wcielenie znane pod roboczą nazwą „europejskiego ministra finansów”, miałaby przejąć kontrolę nad budżetami państw członkowskich. Szef Komisji Europejskiej byłby wybierany przez Parlament Europejski i zyskałby uprawnienia porównywalne do prezydenta USA. A Rada UE, w której zasiadają ministrowie krajów UE, zostałaby sprowadzona do roli izby wyższej europarlamentu. Tyle że taka wizja jest dziś całkowicie hipotetyczna, a wprowadzenie jej w życie zajmie w najlepszym przypadku kilkanaście lat. A tyle rynki finansowe czekać nie mogą.

W wywiadzie dla „Spiegla” sam Schaeuble przyznaje, że zmiana systemu działania Unii wymagałaby najpierw przyjęcia nowej konstytucji RFN i referendum, na którego wygranie na razie szans nie ma. Oddanie Brukseli prawa do decydowania o budżecie otwarcie wykluczył prezydent Francji Francois Hollande.

Ustępstwo Schaeuble w sprawie euroobligacji, unii bankowej i nowych praw dla ESM w tym kontekście okazało się więc całkowicie teoretyczne. I skłoniło prezesa EBC Mario Draghiego do bezprecedensowego szantażu. Zapowiedział, że bank wznowi skup włoskich i hiszpańskich obligacji i tym samym uratuje przed bankructwem oba kraje, a zapewne i całą strefę euro, ale pod warunkiem że równocześnie prawo do udzielenia pomocy Rzymowi i Madrytowi otrzyma ESM. A więc, że Berlin po raz pierwszy dla ratowania strefy euro wyłoży pieniądze bez stawiania żadnych warunków.

To zagrywka iście pokerowa, która prawdopodobnie decyduje o przetrwaniu wspólnego pieniądza. – Pozostało nie więcej niż trzy miesiące na uratowanie euro – mówi całkiem otwarcie szefowa MFW Christine Lagarde. Jeśli szantaż Włocha się jednak nie uda i Merkel znów odmówi współpracy, tym razem najbardziej zaszkodzi samej sobie. Nie tylko przegra w przyszłym roku wybory, ale przejdzie do historii jako ten kanclerz, który pogrzebał nie tylko niemiecki cud gospodarczy, lecz także dorobek pół wieku europejskiej integracji.

Kanclerz błędnie założyła, że kryzys w Europie ma tylko jedną przyczynę: rozpasanie budżetowe państw południa Europy. I wszędzie stosowała kurację polegającą na radykalnych oszczędnościach. Ale jest także druga przyczyna kryzysu: to wady strukturalne samej unii walutowej. Ale z tym problemem Berlin nie chce się zmierzyć – mówi Neil Shering z CER