Przyczyny wyprzedaży akcji trwającej na rynku globalnym od początku roku zostały już dokładnie opisane i przeanalizowane przez ekonomistów i komentatorów giełdowych. Wszyscy wiemy, dlaczego mamy za sobą najgorsze trzy tygodnie stycznia od lat, a słowa: recesja w Stanach Zjednoczonych są odmieniane przez wszystkie przypadki. Oczywiste pytanie, które się nasuwa w tej chwili, brzmi: dlaczego właśnie teraz i dlaczego dopiero teraz mamy do czynienia z negatywną reakcją inwestorów na dane z gospodarki amerykańskiej? Przecież wszelkie objawy spowolnienia w USA obserwujemy od kilkunastu miesięcy, a o nadchodzącym kryzysie na rynku kredytów hipotecznych wiedzieliśmy już w lutym ubiegłego roku. Wtedy jednak rynki zareagowały jedynie jednosesyjnym, mocnym spadkiem, po którym powróciły do euforycznych wzrostów. Nie dalej niż w połowie października indeksy nowojorskie ustanowiły historyczne maksima, a analitycy niczego się nie obawiali, twierdząc, że amerykańskie akcje są tanie, przez co rynkowi nie grozi załamanie.
Kiedy zastanawiamy się nad tym problemem, na myśl przychodzi teoria o efektywności rynku. Zakłada ona, w uproszczeniu, że giełda dyskontuje przyszłość, niejako przewidując i wyprzedzając wydarzenia w realnej gospodarce. Dlatego często bessa na rynku akcji kończy się znacznie wcześniej niż ekonomiści dostrzegą pierwsze objawy wzrostu gospodarczego. Co w takim razie dyskontował rynek w ubiegłym roku, notując historyczne szczyty i nie oglądając się na ewidentne sygnały spowolnienia? Obawiam się, że nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Zapewne główny wpływ na wydłużenie trendu miała gigantyczna, globalna nadpłynność, jak również fakt, że hossa trwała pięć lat, a takich trendów łatwo się nie odwraca. Może winne są banki centralne, próbujące ratować rynki przed załamaniem w sierpniu ubiegłego roku, których działania tylko opóźniły o kilka miesięcy to, co i tak stać się musiało. A może inwestorzy uwierzyli w lansowaną ostatnio przez niektórych analityków teorię decouplingu, zakładającą dalszy dynamiczny wzrost na rynkach wschodzących nawet w obliczu recesji w Stanach Zjednoczonych, ze względu na znacznie mniejsze uzależnienie koniunktury globalnej od sytuacji w USA. Jak się okazało, rzeczywistość jest znacznie bardziej brutalna i po raz kolejny przekonaliśmy się, że nie będzie hossy ani w Chinach, ani w Brazylii, ani w Polsce, jeżeli amerykańskie indeksy kierują się na południe.
Tym razem więc rynek nie wykazał się mocną efektywnością. Może w takim razie do recesji w Stanach Zjednoczonych nie dojdzie? Ale jeżeli tak, to co dyskontują obecne spadki cen akcji?
Marek Mikuć
wiceprezes zarządu i dyrektor inwestycyjny TFI Allianz Polska
ikona lupy />
Marek Mikuć, wiceprezes zarządu i dyrektor inwestycyjny TFI Allianz Polska / DGP