Relacje z warszawskiej giełdy zagościły na pierwszych stronach najpoczytniejszych dzienników. Powodem jest oczywiście gwałtowna przecena akcji, trwająca od początku roku. Przyczyny kolejnej fali spadków są powszechnie znane. Wszyscy obserwatorzy rynku i analitycy mówią o fatalnych danych z gospodarki amerykańskiej, zwiększających prawdopodobieństwo pogrążenia się jej w recesji. Do tego dochodzą kolejne, potężne straty banków inwestycyjnych z tytułu zaangażowania w papiery zabezpieczone kredytami hipotecznymi niskiej jakości (Merrill Lynch dokonał odpisu w zawrotnej kwocie 14 miliardów dolarów). Powoduje to masową wyprzedaż akcji na całym świecie, a nasz rynek niestety należy do najsłabszych, notując od początku roku kilkunastoprocentowe straty. Powodem tej słabości jest duża podaż akcji ze strony funduszy inwestycyjnych, których zarządzający są zmuszeni do sprzedaży papierów przez falę odkupień jednostek uczestnictwa. Wielu klientów funduszy bardzo nerwowo zareagowało na trwającą przecenę akcji i zdecydowało się na umorzenie jednostek. Trudno się dziwić tej emocjonalnej reakcji, zważywszy na fakt, że jednostki funduszy inwestujących w małe i średnie spółki, najbardziej popularne w ubiegłym roku, straciły w ciągu sześciu, siedmiu miesięcy około 40 proc. wartości.
Bardzo często w ostatnich dniach spotykam się z pytaniem, co mają robić uczestnicy funduszy? Umarzać jednostki, czekać czy może zdecydować się na dodatkowe inwestycje? Oczywiście nie ma na tego rodzaju pytania jednej dobrej odpowiedzi. Wszystko zależy od horyzontu inwestycyjnego, skłonności do ryzyka czy struktury oszczędności danej osoby. Dużym problemem jest fakt, że dla olbrzymiej części osób dokonujących inwestycji w ubiegłym roku była to pierwsza przygoda z rynkiem kapitałowym. Pięć lat wzrostów na giełdzie sprawiło, że zapomnieliśmy o tym, że po każdej hossie nadchodzi bessa, a inwestycje w akcje wiążą się z ryzykiem utraty części kapitału. Dziś wszyscy z łatwością identyfikujemy przyczyny spadków. Szkoda, że kilka miesięcy temu nikt nie słuchał nielicznych analityków i zarządzających, którzy przestrzegali przed takim rozwojem sytuacji, zwracając uwagę na skrajne przewartościowanie akcji. Bo to był główny powód, dla którego blisko jedna trzecia notowanych akcji straciła na wartości ponad 60 proc. od swoich maksymalnych notowań.
Pół roku temu rynkiem rządziła chciwość, dzisiaj strach. Obecnie nadchodzi czas uspokojenia nastrojów. Po ostatnich spadkach indeksy dotarły do bardzo ważnych poziomów wsparcia z punktu widzenia analizy technicznej. Również wyceny rynkowe spółek stały się znacznie bardziej atrakcyjne. Wydaje się więc, że jesteśmy bardzo blisko ustanowienia przez rynek istotnego dna, co nieco uspokoi nerwy inwestorów.
MAREK MIKUĆ
wiceprezes zarządu i dyrektor inwestycyjny TFI Allianz Polska
ikona lupy />
Marek Mikuć, wiceprezes zarządu i dyrektor inwestycyjny TFI Allianz Polska / DGP