Program ma dwie funkcje. Można za jego pomocą zeskanować tęczówkę oka. Można też zanalizować twarz podejrzanego. Aplikacja analizuje 130 różnych punktów twarzy, takich jak odległość między oczami a nosem, stosunek długości ust do ich szerokości itp. Zmiana fryzury czy zapuszczenie zarostu nie pomogą.

Do tej pory podobne gadżety były stosowane przez wojsko do identyfikacji rebeliantów w Iraku i Afganistanie. Teraz tysiąc sztuk – każda warta 3 tys. dol. – ma trafić w ręce policjantów i funkcjonariuszy 40 różnych agencji. A to już wzbudza kontrowersje wśród obrońców praw człowieka. Padają pytania o granice i zakres ingerencji w intymność obywateli. Aby program działał, trzeba będzie przecież stworzyć gigantyczną bazę danych wrażliwych.

Szeryf z hrabstwa Pinal w Arizonie, który niebawem wyposaży w system rozpoznawania twarzy 75 podwładnych, w rozmowie z „Wall Street Journal” broni jednak planów władz. Paul Babeu twierdzi, że w ten sposób policja będzie mogła szybciej zidentyfikować zatrzymanych, którzy nie mają przy sobie dokumentów tożsamości (co samo w sobie może być w Arizonie podstawą do aresztowania).

Poza tym – twierdzą zwolennicy pomysłu – skanowanie tęczówki jest standardem w wielu krajach, m.in. w przypadku procedury przyznawania wiz. W ten sposób traktują przyjezdnych np. władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

mwp, wsj