Polityka klimatyczna Unii Europejskiej to dla polskich przedsiębiorstw test jeszcze cięższy niż ostatni globalny kryzys, bo ten powoli przygasa, a mordercza redukcja emitowanych do atmosfery gazów cieplarnianych dopiero się rozkręca, co dla gospodarki oznacza ogromne wydatki i inwestycje przez wiele następnych lat
UE głosami państw z najpotężniejszymi gospodarkami postanowiła zostać światowym liderem w ochronie klimatu, wypowiadając wojnę z „brudną” energią. Kraje takie jak Polska, które opierają swój przemysł na węglu, a jest ich w Europie coraz mniej, usłyszały, że gra idzie o innowacyjność i konkurencyjność unijnej gospodarki z resztą świata.
Komisja Europejska nawet w coraz mniej dymiących kominach widzi zagrożenie, dlatego chce promować energię jak najczystszą, najlepiej czerpaną z sił natury: wody, słońca i wiatru, podkreślając przy tym, że technologiczna rewolucja za dziesiątki miliardów euro podtrzymuje gospodarczy wzrost i daje zatrudnienie. To wszystko prawda. Problem w tym, że finału pogoni za Europą bez zanieczyszczeń Polska może nie doczekać, bo to, co dobre dla krajów postindustrialnych, których gospodarki oparte są w przeważającej części na nowoczesnych technologiach, może okazać się zabójcze dla nas.