W tym kontekście ci ekonomiści, którzy spodziewają się dynamicznego rozwoju globalnej gospodarki, wychodzą na niepoprawnych optymistów i należą do zdecydowanej mniejszości.

1. Dług Stanów Zjednoczonych

Sytuacją finansową USA martwią się już najpoważniejsze instytucje świata. MFW twierdzi, że Ameryka jest jedynym krajem zachodnim, który nie wdrożył planu ograniczenia deficytu budżetowego. A Standard & Poor’s ostrzegł, że może zredukować najwyższą (AAA) ocenę ryzyka kredytowego Stanów, jeśli Republikanie i Demokraci nie dojdą w tej sprawie do porozumienia. Na zmiany się jednak nie zanosi. Biały Dom przewiduje, że w ciągu nadchodzących 5 lat dług kraju wzrośnie z 14 do 20 bln dol., zaś Rezerwa Federalna zapowiedziała, że będzie kontynuować program pompowania pustego pieniądza, aby podtrzymać wzrost gospodarki. Jeśli inwestorzy z Chin, Japonii czy Wielkiej Brytanii straciliby zaufanie w zdolność USA do spłaty swoich zobowiązań, wywołałoby to kryzys finansowy o trudnych do oszacowania konsekwencjach.

2. Problemy strefy euro

Bankructwo Grecji, Irlandii i być może Portugalii wydaje się przesądzone. O tym, że ono nastąpi, są (nieoficjalnie) przekonani zarówno eksperci MFW, jak i członkowie niemieckiego rządu. Powodem jest narastający dług wspomnianych krajów. Dla przykładu zobowiązania Grecji są już warte 340 mld euro, przeszło 150 proc. greckiego PKB. Rząd nie jest w stanie powstrzymać narastającego zadłużenia, bo gospodarka nie jest konkurencyjna, więc nie odnotowuje wzrostu i napływ podatków spada. Tymczasem już za półtora roku kończy się program pomocowy UE, MFW i EBC. Grecja będzie więc musiała sprzedać obligacje na rynkach finansowych. Tyle że raczej nie znajdzie na nie nabywców, bo nikt nie będzie chciał pożyczać państwu, które znajduje się w tak złej kondycji. To byłoby pierwsze bankructwo zachodniego kraju od końca drugiej wojny światowej. Może ono wywołać reakcję łańcuchową: nie tylko inwestorzy stracą zaufanie do Irlandii i Portugalii, doprowadzając do bankructwa również te państwa, ale także kolosalne straty poniosą banki, m.in. w Niemczech i we Francji, które posiadają ogromne aktywa w Grecji.

3. Hiszpania

Od zdolności tego kraju utrzymania wypłacalności prawdopodobnie zależy przetrwanie strefy euro. Uratowanie Hiszpanii, czwartej co do wielkości gospodarki unii walutowej, wymagałoby wielokrotnie większych środków niż tych wyłożonych na Grecję czy Irlandię.

Na razie sytuacja wydaje się być pod kontrolą. Rentowność hiszpańskich obligacji jest stosunkowo niska, bo inwestorzy pozostają pod wrażeniem planu oszczędnościowego wdrażanego przez premiera Jose Luisa Zapatero. Szef rządu przeprowadza największe cięcia w wydatkach budżetowych od 60 lat, liberalizuje także rynek pracy. Problemem pozostaje jednak kondycja hiszpańskich banków, a szczególnie regionalnych instytucji finansowych, tzw. cajas. Nikt do końca nie wie, jak dużo zaangażowały one w nieudane projekty budowlane (zdaniem agencji konsultingowej PwC to przynajmniej 100 mld euro). W kraju dotkniętym rekordowym bezrobociem setki tysięcy Hiszpanów nie jest w stanie spłacić zaciągniętych kredytów hipotecznych. Tyle samo mieszkań pozostaje także bez nabywców. Dług Hiszpanii jest już na tyle duży, że rząd nie byłby w stanie znaleźć środków na uratowanie zbyt dużej liczby upadających banków.

4. Afryka północna i Bliski Wschód

Cztery miesiące po wybuchu rewolty w Egipcie sytuacja w regionie wciąż jest niejasna. Interwencja NATO w Libii okazała się niewystarczająca dla obalenia reżimu płk. Kaddafiego. Coraz bardziej napięta jest sytuacja w Syrii i Jemenie. Wciąż nie wiadomo, czy w Egipcie rzeczywiście zostanie zbudowany demokratyczny system polityczny, czy też władzę utrzyma wojsko. Od przywrócenia stabilności w tej części świata zależy spadek cen paliw. Inaczej inwestorzy nadal będą obawiali się przeniesienia rewolucji do krajów o największych zasobach ropy, przede wszystkim Arabii Saudyjskiej i emiratów nad Zatoką Perską. Już teraz wysokie ceny paliw powodują spowolnienie światowego wzrostu gospodarczego i wzrost inflacji. Jednak zdaniem „Financial Times” stawki za baryłkę mogłyby osiągnąć nawet 200 dolarów, gdyby zamieszki objęły cały Bliski Wschód. Kraje Unii korzystają natomiast na kryzysie w Afryce północnej, przyciągając więcej turystów. Dotyczy to także Polski.