Rynek ostrożny

– Może tym razem nie skończy się równie wielkim tąpnięciem, ale na pewno nie obejdzie się bez łez i krwi. Muzyka przestanie grać i firmy zobaczą, że nie dla wszystkich jest miejsce przy stole – mówi o galopujących wycenach spółek internetowych Jeff Clavier, dyrektor zarządzający funduszu inwestycyjnego SoftTech. A Fred Wilson, znany inwestor na rynku nowych technologii, dodaje, że boom, jaki obserwuje od 9 miesięcy na rynku, mocno go niepokoi: – Widziałem wiele nierozważnych decyzji inwestorów dotyczących internetowych start-upów.

Jeszcze w kwietniu 2006 roku Facebook wart był ledwie 0,5 mld dol. Minął niecały rok, a wycena poszybowała do 15 mld dol. W latach 2008 i 2009 spadła z powodu kryzysu do 10 mld dol., ale w ubiegłym roku wystrzeliła do ponad 50 mld dol. A niektórzy spekulują, że nic nie stoi na przeszkodzie, by przekroczyła 100 mld dol. Po ostatnich transakcjach na alternatywnej giełdzie SecondMarket.com jego wartość już urosła do 70 mld dol.

Boom na akcje spółek internetowych nie sprowadza się tylko do znanych gigantów. Inwestorzy równie chętnie lokują pieniądze w znacznie mniejsze spółki. Aż 25 mln dol. zebrał od inwestorów Yammer, serwis pozwalający na wysyłanie krótkich wiadomości, podobny do Twittera. Tumblr, platforma mikroblogowa łącząca tekst, dźwięk i obraz, dostała od inwestora czek na 30 mln dol. Aż 9 mln dol. kosztowała firma, która stworzyła GroupMe, aplikację do wysyłania informacji na telefony komórkowe. Z kolei Path, aplikacja na iPhone'y pozwalająca na dzielenie się zdjęciami ze znajomymi, zebrała 2,5 mln dol., a jej konkurent Picplz – dwa razy tyle.

– Nie twierdzę, że Quora, Foursquare, Square nie będą ostatecznie warte tych pieniędzy, ale cena, jaką trzeba dziś zapłacić, by wejść do tej gry, jest niesamowita – podkreśla Dave McClure, partner 500 Startups, inkubatora firm technologicznych w Dolinie Krzemowej.

I wygląda na to, że stawka będzie dalej rosła. Bank inwestycyjny JPMorgan ogłosił właśnie, że powiększył wartość swojego portfela na inwestycje w tym sektorze do 1,22 mld dol.

– Jeśli w jednym momencie pięciu inwestorów prosi mnie, bym dołączył do właśnie uruchomionych przez nich funduszy, które będą inwestować w spółki internetowe, nabieram obaw, że bańka ponownie pęcznieje – mówi Alex Gould z Instytutu Badań Ekonomicznych Uniwersytetu Stanforda. – Choć teraz mamy do czynienia z entuzjazmem, koniec wcale nie będzie taki różowy. Wiele z wysokich wycen się nie obroni – mówi inwestor Chris Sacca, który na razie wstrzymał się z inwestycjami.

Spokojnie, bańka nie pęknie

Część analityków i szefów największych firm z branży uspokaja jednak, że obecny boom różni się od tego sprzed kilkunastu lat.

Bańka nie rośnie na giełdzie. Ani Facebook, ani Zynga, ani Twitter nie są spółkami publicznymi. Ich udziały kupują bogaci inwestorzy na specjalnych, zamkniętych giełdach, takich jak SecondMarket.com, lub szukają pieniędzy u gigantów, choćby w Microsofcie czy Google'u. A te mają masę wolnej gotówki. McKinsey & Company oszacował, że wielcy mogliby sami wykupić wszystkie internetowe spółki średniej wielkości.

Roger Ehrenberg, szef IA Ventures, przypomina, że spółki internetowe lat 90. potrafiły zebrać od inwestorów nawet 200 mln dol., a nie miały nawet zalążka planu biznesowego. – Obecnie wszystkie start-upy mają biznesplany – dodaje Ron Conway, inwestor z San Francisco. Co więcej, dzisiejsze spółki zarabiają. Zyski Zyngi wyniosły w ubiegłym roku 400 mln dol., Facebooka – ponad 350 mln dol., a w tym roku mają urosnąć do 1 mld dol. (serwis zapowiada też wejście na giełdę).

– Niektóre z wycen są istotnie bardzo wysokie, ale myślę, że na to zasługują. Nie sądzę, by skończyło się to powtórką z lat 90. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Facebook może bardzo szybko mieć miliard użytkowników, będzie wtedy bliższy Google'owi i będzie wart więcej niż 50 mld dol. – mówił niedawno Davos Ray Lane, prezes Hewletta-Packarda. – Ale to, że Facebook, Twitter i Groupon będą w sumie warte 100 mld dol., nie oznacza, że ich naśladowcy również – dodał natychmiast.