Samochód i kolację poproszę

Także Polacy zamawiający auta za grubo ponad milion złotych miewają kaprysy. Marcin Kolasa, szef sprzedaży Astona Martina w warszawskim salonie marki, wspomina klienta, który zamówił model DBS, prosząc, aby jego deskę rozdzielczą wykonano z drzewa różanego, a kierownicę wykończono inną skórą niż resztę tapicerki. – Choć oficjalny katalog auta nie przewiduje takich modyfikacji, oczywiście staramy się spełniać specjalne życzenie – mówi Kolasa.

Najdroższe auto, jakie do tej pory opuściło polski salon Astona Martina, kosztowało ponad 1,3 mln złotych. Ale na realizację czeka już zamówienie warte o 200 tys. złotych więcej. Będzie to topowy model DBS w najwyższej wersji wyposażenia, który trafi do nowego właściciela już w marcu. Gdzie i jak odbierze go klient, zależy już tylko od niego. Niedawno jeden z najbogatszych Polaków zażyczył sobie, aby przed wydaniem auta salon zorganizował mu uroczystą kolację. Do tego chciał, aby zaraz po pierwszym uruchomieniu auta z jego głośników popłynęła melodia konkretnego utworu. – Niestety, nie była to zbyt popularna płyta i znaleźliśmy ją za granicą dopiero po paru miesiącach. Na szczęście wszystko się udało – mówi Kolasa.

Wyjątkowość astonów tkwi także w ich silnikach. Są one składane ręcznie przez inżynierów w białych rękawiczkach. Każda jednostka otrzymuje tabliczkę z podpisem inżyniera, który czuwał nad montażem i regulacją. Jeśli klient poczuje się nieusatysfakcjonowany osiągami czy brzmieniem, wie, do kogo się zwrócić z pretensjami. To przyciąga bogatych, oczekujących od samochodu wyrafinowania klientów.

Do końca marca polski Aston Martin zrealizuje sześć zamówień, a do końca roku przynajmniej dwadzieścia. Kto kupuje takie samochody? – W Polsce właściciele dużych firm, często biznesmeni z pierwszych stron gazet. Naszego show-biznesu na takie auta nie stać – twierdzi Kolasa. Inaczej jest za granicą, gdzie luksusowymi brytyjskimi autami jeżdżą sportowcy, piosenkarze czy telewizyjni prezenterzy. Gwiazda NBA Shaquille O’Neal jednego rolls-royce’a phantoma kupił sobie, a drugie takie auto sprezentował Donaldowi Trumpowi z okazji jego urodzin. Oprah Winfrey podarowała czarnego phantoma Stevie’emu Wonderowi za to, że zaśpiewał „Sto lat” na jej przyjęciu urodzinowym.

Volkswagen nie dla ludu

W rzeczywistości sami Brytyjczycy nie mają zbyt wiele wspólnego z sukcesem Astona. Czasy świetności marki zaczęły się, gdy firmę przejął amerykański Ford. Z kolei w 2007 roku marka trafiła w ręce konsorcjum funduszy inwestycyjnych związanych m.in. z katarskimi szejkami. Efekt – w ubiegłym roku marka sprzedała na całym świecie niemal 7 tys. samochodów, czyli więcej niż łącznie w dwóch ostatnich dekadach XX wieku.

Po zmianie właściciela imponujący skok sprzedaży odczuł także Bentley, który w 1998 roku trafił w ręce Niemców z Volkswagena. Za prawa do brytyjskiej marki zapłacili 430 mln funtów i przynajmniej dwa razy tyle wpompowali w modernizację zakładów i opracowanie nowych modeli. Opłaciło się. W ubiegłym roku na drogi całego świata wyjechało 5 tys. nowych bentleyów, czyli pięciokrotnie więcej niż jeszcze w roku 2003. W Polsce, prawdopodobnie jeszcze w tym roku, będzie ich już ponad 200.

Wraz z rosnącym zainteresowaniem klientów rozrasta się także sieć sprzedaży i serwisów luksusowych aut. Jeszcze trzy lata temu właściciele bentleyów mogli dokonywać ich przeglądów i napraw wyłącznie w Berlinie lub Wiedniu. Dziś mogą to robić w Warszawie i Poznaniu. I to niekoniecznie osobiście. Bentley ma w ofercie usługę, w ramach której po samochód klienta przyjeżdża specjalna zabudowana laweta. – Takie auto na zwykłej, odkrytej wyglądałoby co najmniej nieelegancko. Jakby się zepsuło – mówi nam jeden z pracowników warszawskiego serwisu Bentleya.

Marka, której najtańsze auto kosztuje ponad 800 tys. zł, dba w ten sposób o prestiż. Nie tylko swój, lecz także klientów, wśród których jest m.in. Józef Wojciechowski, właściciel firmy deweloperskiej J.W. Construction. W swoim garażu ma dwa bentleye – klasycznego Arnage’ a wartego 1,2 mln złotych oraz tańszego o 300 tys. złotych białego Continentala Flying Spur.

W 2002 roku do Bentleya przesiadła się nawet sama królowa Elżbieta II. Zapytana wówczas, czemu zdradziła rolls-royce’a, tłumaczyła, że „głowie królestwa Wielkiej Brytanii nie wypada jeździć niemieckim samochodem”. Dopiero potem jej osobiści doradcy wyjaśnili jej, że Bentleya przejęła firma z siedzibą w Wolfsburgu, a tam moc berła Jej Królewskiej Mości jeszcze nie dosięga. Dzisiaj królowa pojawia się na przemian w bentleyu i rolls-roysie. Ale podobno nadal gardzi Jaguarem, którego w pakiecie z Land Roverem kupił w 2009 roku indyjski miliarder Ratan Tata.

Prawdą jest jednak, że choć Jaguarowi wróżono rychły upadek pod rządami Taty, to drapieżnik rośnie w siłę. W ubiegłym roku na całym świecie sprzedano ok. 50 tys. aut tej marki – o 20 proc. więcej niż w 2009. To dowód na to, że klienci uważają, że zmiana właściciela w pewien sposób ucywilizowała „dżaga” – nie odebrała mu szlacheckości, lecz jednocześnie pozbawiła go brytyjskiej przaśności, choćby pod postacią topornego stylu. To przekonało nawet polskich klientów – w ubiegłym roku kupili 140 jaguarów, czyli o 30 proc. więcej niż rok wcześniej. Tegoroczny wynik może się okazać jeszcze lepszy, bo będzie to pierwszy pełny rok, w którym sprzedawany będzie zupełnie nowy Jaguar XJ – flagowe dzieło brytyjskiej marki. Pod względem wyglądu w najmniejszym nawet stopniu nie przypomina on „dżagów”, jakie znamy z lat 80. i 90. Najwyraźniej Hindusi lepiej niż sami Brytyjczycy wiedzą, że kto stoi w miejscu, ten się cofa.