Wsiadamy w samochód, wyjeżdżamy na ulicę i... noga na hamulec. Przed nami korek. Ślimacze tempo, dźwięk klaksonów. To wszystko kosztuje nas nie tylko masę stresu, ale i sporo pieniędzy.
Korki kradną przede wszystkim czas. A ten koszt łatwo wyliczyć. Każda godzina spędzona przymusowo i zazwyczaj bezproduktywnie za kierownicą auta to nic innego jak koszt alternatywny, czyli utracone możliwości i korzyści, które moglibyśmy w tym czasie uzyskać. Nawet jeżeli utknęliśmy w korku, wracając z pracy, rezygnujemy w tym czasie np. z wypoczynku, co nieuchronnie zaowocuje niższą produktywnością w biurze. Ile tracimy? Wystarczy przemnożyć spędzony w samochodzie czas przez naszą stawkę godzinową i już widzimy, jak korek nas okrada. Zsumujmy wszystkich pracowników tkwiących w korkach, a zobaczymy, o ile zmniejsza się PKB.
Korki to również spóźnienia, czyli – traktując sprawę z biznesowego punktu widzenia – biurowe nieobecności, opóźnienia dostaw i realizacji kontraktów. Dochodzi do tego większe zużycie paliwa, czyli nie tylko wyższe rachunki na stacjach benzynowych, ale również skażenie środowiska. Plus szybsze zużycie silnika, pedałów hamulca i gazu, nie mówiąc już o ewentualnych stłuczkach. Niektórzy argumentują nawet, że do kosztów należałoby dorzucić też wyższą śmiertelność spowodowaną zbyt późnym docieraniem na miejsce tragedii karetek pogotowia czy wozów strażackich. Straty ponoszą też mieszkańcy ulic znajdujących się w promieniu nawet kilku kilometrów od zakorkowanych dróg. Istnieje szereg opracowań, które dowodzą, że ceny ich nieruchomości spadają proporcjonalnie do tego, jak rośnie okoliczny ruch. Wszystko dlatego, że kierowcy to innowacyjne stworzenia, które nie ustają w poszukiwaniu objazdów zakorkowanych dróg, korzystając z małych osiedlowych jezdni.