„Mały miś, co chleje browar nie od dziś”

Andrzej Strzelba – czyli kreskówkowe alter ego Mariusza Szczygła prowadzącego kiedyś „Na każdy temat” – wita swoją publiczność głośnym beknięciem i zaczyna opowiadać dowcip, by, jak twierdzi, podnieść „obglądalność 4Fun.tv i tym samym zniżyć obglądalność stacji konkurencyjnych”. – Dlaczego Niemki nie startują w programie Miss Polonia? – pyta. Odpowiada mu gromki śmiech widowni. Pointy brak. Żart o Niemce nie jest przypadkowy. Gościem tego odcinka animowanego talk-show „Pod gradobiciem pytań” jest Adolf Hitler. – Jakie masz pan hobby? – pyta Strzelba. – Turystyka, głównie obozowanie, bo jak wiadomo, niemiecka turystyka koncentruje się na obozowaniu. Nawet taką książkę o kempingowaniu napisałem, nazywa się „Mein Kampf”, ale się nie sprzedała za dobrze... – mówi gość.

Kreskówka sprzedała się świetnie, a cały cykl obrazobórczych, koślawych, absurdalnych, często zwyczajnie głupkowatych i prostackich „Kartonów” – czyli kilkuminutowych animacji, które powstawały w najprostszym programie graficznym – stał się znakiem rozpoznawczym stacji 4Fun.tv i punktem zapalnym w wojnie z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji.

Najpierw rada miała pretensje do animacji „Miś Puszupek”. A to dlatego, że główny bohater kreskówki nie rozstaje się z puszką piwa i wygłasza sentencje w rodzaju „jestem sobie mały miś, chleję browar nie od dziś”. Radzie nie podobało się, że kreskówkę emitowano przed godziną 20. Potem posypały się skargi na puszczane w ciągu dnia spoty promujące stronę telegazety 4Fun.tv, która pomagała w nawiązywaniu kontaktów erotycznych, oraz teledysk „Ressurection” heavymetalowej grupy Chimaira, w którym partyjka rozbieranego pokera przeplatała się z brutalną walką na pięści. Ten oraz kilka innych klipów puszczane były ze znaczkiem pozwalającym 12-latkom na ich oglądanie. Zdaniem rady próg wieku należało podnieść do 18 lat. Podobnie jak w przypadku kreskówek „Pan Biegunka” i „Generał Italia”. Rada uznała, że 4Fun.tv demoralizuje najmłodszych i wszczęła procedurę odebrania stacji koncesji. – Mieliśmy dwa wyjścia: załagodzić sprawę albo iść z radą na wojnę. To drugie bardzo mnie kusiło, wystarczyło przenieść serwery i koncesję do Czech i tam nadawać wszystko, co chcemy. Ale to były mroczne czasy w polskiej polityce. Stwierdziłem, że nie warto kopać się z koniem – mówi Stokowski. Ustąpił.

Program złagodniał. – Stacja dziś wyróżnia się tylko tym, że zamiast reality-show dla nastolatek puszcza więcej teledysków. Tu może tkwić potencjał, choć szkoda, że szefostwu zabrakło polotu, by utrzymać poziom – mówi dziennikarz i didżej związany m.in. z Radiem ZET Marcin Sońta.

Surfer z ADHD

Stokowski twierdzi, że ignorancja w biznesie często się opłaca, bo pozwala podjąć ryzyko. Zaraz jednak dodaje, że nie jest kamikadze, który na przekór innym wprowadza w życie, każdy – nawet najbardziej zwariowany – pomysł. Inna sprawa, że pomysłów mu nie brakuje. Podobnie jak energii, pasji i intuicji. – To on jest kołem zamachowym wszystkich innowacyjnych przedsięwzięć spółki – przyznaje Tymon Betlej, doradca zarządu Arterii.

Jego współpracownicy żartują, że „Don Dario” cierpi na ADHD: trudno mu usiedzieć na miejscu i szybko się nudzi. Wielu z utęsknieniem czeka na jego wyjazdy na kitesurfing, atmosfera ponoć się wtedy rozluźnia. – To nie jest potulny szef, który chodzi po korytarzach i klepie po głowie. Ma trudny charakter i jest bardzo wymagający – mówi Bieńkowski, który Stokowskiego poznał na studiach, dziś jest ojcem chrzestnym jednego z trójki jego dzieci.

Razem mieszkali w akademiku Sabinka, działali w samorządzie studenckim i rozkręcali pierwsze biznesy. Zorganizowali np. studenckiego sylwestra w górach dla tysiąca osób. Pieniądze szybko się rozeszły, ale obaj połknęli haczyk. Stokowski od początku kariery trzymał się z dala od korporacji – pracował na własny rachunek, najpierw w branży eventowej, potem w reklamie. W 1997 r. założył agencję reklamową Polymus, gdzie wytrzymał niemal... pięć lat. Potem w żadnej ze stworzonych firm nie zagrzał długo miejsca.

Bieżące zarządzanie go nie interesuje. Szuka wyzwań – zajął się nawet produkcją repliki kultowego samochodu AC Cobra. Z fabryki w Siedlcach wyjechały już cztery egzemplarze tego auta. Każdy warty ok. 100 tys. euro. Jeden z nich znalazł kupca, kolejny jest testowany w Wielkiej Brytanii. Stokowski ma też w garażu motocykl, ale mówi, że jednoślady przestały go kręcić. Teraz woli deskę z latawcem.