W Częstochowie rusza właśnie najnowsza inwestycja fińskiego giganta energetycznego – firmy Fortum. Nowoczesna instalacja napędzana węglem kamiennym i w 30 proc. biomasą pomyślnie przeszła testy i rozruch.

Jest kolejnym, ale nie ostatnim ruchem koncernu na południu Polski. Ma on już przyczółki m.in. we Wrocławiu i Bytomiu, które włącznie z Częstochową dają mu 2 proc. udziału w krajowym rynku. Ambicje globalnego gracza, którego przychody przekroczyły w ubiegłym roku 5,4 mld euro, są znacznie większe.

– Jeżeli kupimy Elektrociepłownię Zabrze i Zespół Elektrociepłowni Bytom, to przeprowadzimy tam inwestycje i zwiększymy efektywność energetyczną – zapowiada Per Langer, wiceprezes Grupy Fortum.

Wielcy walczą o rynek

Fortum to kolejny gracz z najwyższej europejskiej półki, który stara się zdobyć jak najwięcej. Dlaczego? Bo sprzedaż ciepła to pewny biznes, który gwarantuje wysokie zyski, ale jednocześnie wymaga ogromnych inwestycji, na które mogą sobie pozwolić tylko potentaci.

Największym udziałem w produkcji ciepła w Polsce mogą się pochwalić Vattenfall i Edf – mają po ok. 20 proc. udziału w rynku. Należący do szwedzkiego państwa Vattenfall do Polski wszedł już w 1992 r. Spółka zmonopolizowała rynek w Warszawie i w pobliskim Pruszkowie. Do niej należą elektrociepłownie Siekierki, Żerań, Pruszków, ciepłownie Wola oraz Kawęczyn.

Z informacji „DGP” wynika, że w ciągu kilku miesięcy Vattenfall może być bohaterem kolejnej dużej transakcji na ciepłowniczym rynku. Nowego właściciela dla Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej szuka warszawski samorząd. Ratusz, do którego należy firma, szuka pieniędzy z prywatyzacji, aby załatać dziurę budżetową.

Według naszych informacji na zakup spółki dostraczającej ciepło warszawiakom największą ochotę ma Vattenfall. Szwedzi nie chcą jednak na ten temat rozmawiać. Milczy także ratusz. Powód – jesienne wybory samorządowe. Rządzący miastem politycy nie chcą podejmować decyzji w obawie przed protestami opozycji i pracowników spółki. – Trwają analizy przedprywatyzacyjne – ucina Tomasz Andryszczyk z miejskiego ratusza.

Francuski Edf, który sprzedaje ciepło w Trójmieście, Wrocławiu, Krakowie, Zielonej Górze i Toruniu, depcze Szwedom po piętach.

Numerem trzy na rynku wytwórców jest Dalkia. Francuzi produkują, ale i dostarczają ciepło do ponad 1,1 mln mieszkańców poprzez swoje spółki zależne w Łodzi i Poznaniu.

Pewny biznes

Grzegorz Parciński z Agencji Rynku Energii podkreśla, że sektor ciepłowniczy wymaga od zagranicznych inwestorów cierpliwości i sporych nakładów. – Rynek ciepła, podobnie jak energii elektrycznej, obarczony jest ograniczeniami w emisji dwutlenku węgla. Zwiększanie udziału zielonych źródeł słono kosztuje – mówi, ale zaraz dodaje, że rynek ciepła to również pewny biznes. – Inwestycje na pewno się zwrócą, zwiększa się liczba nowych osiedli i biur, które trzeba ogrzewać – mówi ekspert ARE.

W produkcję ciepła przy okazji wytwarzania energii elektrycznej mocno zaangażowane są państwowe grupy energetyczne. Z ostrożnych szacunków wynika, że Polska Grupa Energetyczna i Tauron wspólnie dysponują ok. 10-proc. udziałem w produkcji ciepła.

Reszta rynku – blisko 40 proc. – jest bardzo rozproszona. Ok. 600 ciepłowni pozostaje jeszcze w rękach niewielkich spółek Skarbu Państwa i samorządów.

Miliardy w rurach

Według danych Urzędu Regulacji Energetycznych przychody sektora ciepłowniczego w 2009 r. przekroczyły 14,6 mld zł. Oznacza to wzrost w stosunku do roku poprzedniego o 8,8 proc., czyli o ponad 1,1 mld zł. Ponad połowa pieniędzy trafiła do kieszeni wytwórców takich jak Edf i Vattenfall. Przychody z wytwarzania stanowiły 56 proc. przychodów całego sektora i przekroczyły 8 mld zł. Na stałym poziomie utrzymują się natomiast przychody z przesyłania i dystrybucji oraz z obrotu ciepłem, które wynoszą odpowiednio 21,4 proc. oraz 22,6 proc. całości wpływów.

Z informacji opublikowanych w raporcie o sektorze ciepłowniczym wynika, że w 2009 r. spółki działające na rynku zmagały się z rosnącymi kosztami działalności, głównie ze wzrostem cen węgla kamiennego.