Same złe wieści

Nic dziwnego, że na załamanie na rynku nieruchomości nerwowo zareagowały giełdy. Spadały wczoraj indeks S&P 500, Dow Jones i Nasdaq. Ten pierwszy jest już o 12 proc. niżej niż w kwietniu tego roku, kiedy wydawało się, że amerykańska gospodarka wychodzi na prostą. Wczoraj wobec euro i jena tracił też amerykański dolar.

Dane te są kolejnym sygnałem, że w największej gospodarce świata nie dzieje się dobrze. Na początku tygodnia gruchnęła wieść, że spada produkcja przemysłowa, a bezrobocie sięgnęło 9,5 proc. (14,6 mln osób). Z kolei w nadchodzący piątek Biały Dom ma ogłosić, że w drugim kwartale amerykańska gospodarka będzie się rozwijać w tempie 1,2 proc. – czyli o 1 proc. wolniej, niż pierwotnie zakładano. Czy to nawrót recesji, którą już kilka miesięcy temu zapowiadał w rozmowie z „DGP” amerykański noblista Joseph Stiglitz? – Sytuacja wydaje się coraz trudniejsza. Dane ekonomiczne są niepokojące, a administracja Baracka Obamy nie potrafi przekonać rynków, że panuje nad sytuacją – mówi nam Desmond Lachman, ekonomista z American Enterprise Institute.

To nie koniec złych wieści dla Białego Domu. Najważniejsze zrzeszenia biznesowe w USA ogłosiły właśnie, że rozpoczynają kolejną kampanię wymierzoną w politykę gospodarczą Obamy. Jesienią wygasają bowiem – uchwalone jeszcze w czasach prezydenta George’a Busha przez republikańską większość – obniżki podatków dla najlepiej zarabiających Amerykanów.

W Waszyngtonie dla nikogo nie jest tajemnicą, że dysponujący błogosławieństwem Białego Domu Demokraci najchętniej widzieliby przywrócenie poprzednich stawek i podreperowanie w ten sposób sytuacji w napiętym do granic możliwości budżecie federalnym. Jeśli Kongres nie przedłuży obniżek stawki dla najlepiej zarabiających (chodzi o osoby mogące pochwalić się rocznym dochodem powyżej 200 tys. dol. i gospodarstw domowych wyciągających więcej niż 250 dol.), wzrosną one z 33 i 35 proc. do 36 i 39,5 proc. Według szacunków te zmiany dotknęłyby 2 – 3 proc. amerykańskich podatników. – Problem polega na tym, że właśnie te kilka procent w największym stopniu przyczynia się do tworzenia miejsc pracy – przekonuje duża część elit biznesowych i opozycyjnych Republikanów.

Test wyborczy

W tej sytuacji Barackowi Obamie – który był już krytykowany przez wielki biznes za przeforsowanie kontrowersyjnej ustawy nakładającej wiele ograniczeń na banki i instytucje finansowe z Wall Street – pozostało już tylko odwołanie się do poparcia zwykłych Amerykanów. Na razie może na nie liczyć – według najnowszego sondażu CNN jego podatkowe plany popiera 51 proc. mieszkańców USA, a odrzuca je tylko 31 proc. ankietowanych.

Prawdziwym testem poparcia dla polityki Obamy będą jednak dopiero listopadowe wybory do Kongresu, w których Republikanie liczą na odbicie z rąk Demokratów przynajmniej jednej z izb. Republikanie już szykują się do ostrego uderzenia. Wczoraj przywódca republikańskiej mniejszości w Izbie Reprezentantów John Boehner zaapelował do prezydenta o zwolnienie całego sztabu odpowiedzialnego za gospodarczą politykę Białego Domu, z sekretarzem skarbu Timothym Geithnerem i doradcą ds. ekonomicznych Larrym Summersem na czele. – Każdym swoim posunięciem dowodzą, że brak im wyczucia w kwestii tego, co pomaga tworzyć miejsca pracy i może postawić gospodarkę tego kraju na nogi – mówił Boehner.