Dziekoński wyjaśnił, że banki, zanim zaoferują konkretny produkt inwestycyjny, będą musiały oceniać profil klienta (m.in. czy ma wiedzę i doświadczenie w inwestowaniu), jego potrzeby, sytuację majątkową, czy deklarowana skłonność do ryzyka. Dyrektywa nakłada ponadto sztywne wymogi dotyczące informowania o ryzyku inwestycji, kosztach bezpośrednich i pośrednich i podatkowych. "Do tej pory żadna regulacja, ani krajowa ani zagraniczna tak głęboko w tę materię nie sięgała" - uważa Dziekoński.

Według niego, gdyby dyrektywa MIFID weszła w życie w Polsce wcześniej, problem opcji walutowych, na których straty poniosło wiele polskich firm mógłby być mniejszy. "Można było oczekiwać od stron transakcji więcej wiedzy, albo dokładniejszej analizy sytuacji. Myślę, że w takich przypadkach MiFID by pomógł, ale pewnie nie rozwiązałby problemu" - ocenił.

Gdy w ub. roku złoty umacniał się, przedsiębiorstwa sprzedające swoje usługi bądź towary za waluty obce zawierały z bankami umowy o tzw. opcje walutowe. Chciały w ten sposób zabezpieczyć się przed ryzykiem kursowym. Gdy złoty się osłabił, banki skorzystały z możliwości kupna waluty w ramach opcji, co w wielu przypadkach postawiło firmy w trudnej sytuacji. Nie zawsze jednak umowy z bankami służyły jedynie do zabezpieczenia kursowego i zawierali je nie tylko eksporterzy.