Bradford&Bingley, największa w Wielkiej Brytanii instytucja finansowa wyspecjalizowana w udzielaniu kredytów hipotecznych dla właścicieli domów, walczy o przetrwanie. Amerykański inwestor zrezygnował z kupna udziałów banku.

Notowania hipotecznego potentata spadły dziś w Londynie o 15 proc., do poziomu najniższego od czasu publicznej oferty spółki w grudniu 2000 roku. Amerykańska firma private equity TPG z Teksasu wycofała się z planu zakupu 23 proc. akcji brytyjskiego banku po tym, jak znana agencja ratingowa Moody’s Investors Servicez obniżyła mu rating z A3 do poziomu Baa1 z powodu "znacznego pogorszenia jakości aktywów bank".

W reakcji na to bank oświadczył, że jego najwięksi akcjonariusze wspierają plan zwiększenia praw do akcji z 258 mln funtów do 400 funtów. W czerwcu Bradford&Bingley poinformował, że za pierwsze cztery miesiące tego roku będzie miał 8 mln strat przed opodatkowaniem, bo zaległości ze spłaty pożyczek wzrosły pod koniec kwietnia do 2,16 proc. Największym problem B&B jest jednak fakt, ze na mocy umowy bank zobowiązał się do wykupienia od amerykańskiej firmy usługowo-doradczej GMAC długów hipotecznych na kwotę 2,1 mld funtów.

Część analityków w Londynie zaczyna się zastanawiać, czy Bradford&Bingley nie jest przypadkiem kolejną odmianą Northern Rock, zagrożonego upadkiem banku hipotecznego, który w lutym został ostatecznie znacjonalizowany przez rząd brytyjski.

T.B., Bloomberg